sobota, 25 lipca 2015

Rosyjska ruletka

Cienka kartka z kredowego papieru, gdzie nie gdzie zamoczona łzami Misy.
Przełknąłem ślinę, wyłączyłem wszystkie emocje i zacząłem czytać.
Teraz trzeba się skupić.

Prawa Rządzące Grą

1. Za żaden czyn popełniony podczas gry graczom nie grożą konsekwencje prawne.
2. Gracz nie może zrezygnować z gry, a jedynym sposobem na jej zakończenie jest wyłonienie trójki zwycięzców
3. Gracz, który podczas rozgrywek drużynowych będzie działać na szkodę drużyny, zostanie ukarany. Kara zależy od powagi przewinienia.
4. Poza rozgrywkami drużynowymi powyższe prawo nie obowiązuje, a gracz gra w trybie indywidualnym

Zasady Gry

Od poniedziałku do piątku (w szafkach graczy znajdują się kalendarze elektroniczne) odbywają się rozgrywki-każdego dnia po trzy konkurencje z pięciu dostępnych (artystyczna, muzyczna, fizyczna, a także zadania intelektualne lub związane z inteligencją emocjonalną). Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najwyższy wynik, zostanie nagrodzony.

Niesamowite, taka sprawiedliwość i wspaniałomyślność.

Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najniższy wynik, zostanie wyeliminowany. Może też podjąć się Losowego Wyzwania w sobotę. Losowe Wyzwanie może być dowolną konkurencją, ale na poziomie wyższym niż konkurencje trwające w ciągu tygodnia. Wynik Losowego Wyzwania przesądzi o życiu lub śmierci gracza. Jeżeli kilku graczy osiągnie ten sam, najniższy wynik, to podejmują się Losowego Wyzwania. Gracz, który uzyskał najniższy wynik w Losowym Wyzwaniu, zostanie wyeliminowany. Jeżeli do 24.00 w sobotę nie uda się rozstrzygnąć gry, ginie dowolna liczba graczy o najniższym wyniku w Losowym Wyzwaniu.

-Czy to jest…-wyszeptała przerażona Koe
-Tak-odparłem-Tak. To gra, w której karą jest śmierć, a najwyższą nagrodą życie. Taka skomplikowana rosyjska ruletka.
-Czytaj dalej!-burknął Marco. Po szkoleniu wojskowym umiał trzymać nerwy na wodzy, ale teraz zupełnie się rozpadał.
W końcu jesteśmy tylko dziećmi, prawda?
-Dobra, czytam.

(tu: grupa C) Po trzech tygodniach pozostali przy życiu gracze zostaną przeniesieni do innej grupy, gdzie rozgrywka się powtórzy. Podczas gry w trybie indywidualnym gracz może podejmować działania uważane za amoralne i niezgodne z prawem. Jeżeli w wyniku takich działań przed upływem trzech tygodni przy życiu zostaną tylko dwaj gracze, zostaną oni przeniesieni do innej grupy tak, jak stałoby to się po upływie trzech tygodni. 

Oliver zerwał się z łóżka, krzycząc z bólu, i skoczył w stronę drzwi.


Ucieczka z miejsca gry jest niemożliwa, jednak gdyby wbrew wszystkiemu miało do tego dojść, dezerter zostanie natychmiast uśmiercony. Szanse zakończonej sukcesem ucieczki są równe absolutnemu zeru.

Marco przytrzymał Olivera w drzwiach i siłą zaciągnął go z powrotem.

Gdy przy życiu (ze wszystkich grup) pozostaną trzej gracze, gra zostanie zakończona, a zwycięzcy trafią do wybranego przez siebie miejsca po uprzednim usunięciu wspomnień związanych z grą. Niestety nie zostaną usunięte żadne inne wspomnienia, nawet na usilne prośby zwycięzców, by możliwie zmniejszyć  ingerencję w psychikę i budowę mózgu graczy.

Niemal każdy aspekt gry został omówiony. To dobrze, lubię precyzyjne instrukcje, dzięki nim nawet masowe morderstwa stają się łatwe, jak składanie mebli z Ikei. Nie myślcie sobie, że jestem stuprocentowo racjonalną maszyną, gotową zabijać, by przeżyć. Ja wybuchnę, ale to potem. Nie wytrzymam, załamię się i zwariuję.
A wtedy już nic mnie nie powstrzyma. Wiem to z doświadczenia. Doświadczenia, które bardzo, ale to bardzo chciałbym usunąć. Ciekawe, czy zgodziliby się, gdybym zabił wszystkich…Zaraz, stop, nikogo nie zamierzam zabijać, chcę ograniczyć tę czynność do minimum.
Mam wystarczająco dużo krwi na rękach.
-Czy to wszystko?-zapytała Koe. Miała roztrzęsiony głos, ale twarz obojętną. Pewnie nie mogła zaakceptować tego, co właśnie usłyszała. To nie może być prawda, myśli. Znam to uczucie, kiedy wszystko staje się jak…gra. Odległe i nieprawdziwe. Gra wideo to najlepsze porównanie. Rozumiecie, o czym mówię, prawda?
-Rozejdźmy się, co?-Misa przerwała niezręczną (tym razem nie zrobiłem tego specjalnie, przyrzekam!) ciszę-To jest…ech…cóż...musimy to przetrawić, nie?
Charyzmatycy to jednak bardzo przydatni ludzie. W milczeniu opuściliśmy pokój Olivera.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował-powiedziałem wychodząc-zapukaj w ścianę przy łóżku. Mieszka tam Misa. Przyprowadzi mnie, żebym ci pomógł. Dobra?
-Ace…-zwrócił się do mnie po imieniu, kroi się coś poważnego -Możesz tu proszę na chwilkę zostać? Chciałbym z tobą porozmawiać…
Usiadłem na krawędzi jego łóżka.
-No? O co chodzi?
-Nie umiem rozwiązywać zadań intelektualnych-zaczął, drapiąc się po głowie.
-Racja, to widać. Z myśleniem bywa u ciebie różnie.
-A nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez własną głupotę zadania fizyczne…rozumiesz-westchnął, wymownie spoglądając na kikut ręki.
-Pierwsza gra już pojutrze. Przecież nie zdążę cię nauczyć logicznego myślenia…Masz spore zdolności manualne, to dobrze wpływa na mózg. ale jeżeli nigdy nie robiłeś żadnych zadań czy coś…
-Przygotuj mi! Przygotuj, przygotuj! Przecież umiesz, prawda?!-zawołał, trochę głośniej, niż należało. Za ścianą mieszkała Misa. Wolałem, by wiedziała jak najmniej. Język to w końcu najskuteczniejsza broń człowieka, a ona posługiwała się nim jak nikt inny.
-Zadania?
-Tak! Będę rozwiązywał cały dzień! W zamian…w zamian dam ci lekcje rysunku. Ok? Ok?
Wyglądał jak dzieciak, przyłapany na wykradaniu ciasteczek z puszki. "Podzielę się z tobą, ale nie mów mamie!" Przestraszony i pełen naiwnej nadziei. W sumie…przydadzą mi się jego lekcje. Nie rysowałem od czasów pobytu w pierwszym Centrum. Kopę lat.
-Dobra. O której mam przyjść?
-Jak wstaniesz to przyjdź i mnie obudź.
-W porządku.
Chyba nie będę dziś spał.
-Muszę zerknąć jeszcze raz na twoją rękę. Byłą rękę.
-Nie znudzi ci się, co? Cholerny skurczybyk…
-Dobra, dawaj tego kikuta. Gdzie położyłeś maść?
-W szufladce-odparł, wskazując głową na stolik nocny.
-Dziwię się, że nie masz gorączki i…no, tego…ogółem sobie radzisz.
-Mam bardzo wysoki próg bólu-odparł z uśmiechem-Jak większość artystów, ale ty to pewnie wiesz.
Wiem. Żeby nie chcieli robić sobie krzywdy. Bez sensu, szanse poważnego uszczerbku na zdrowiu…No, z sensem czy bez, grunt, że w miarę skuteczne. Brak logiki nie zawsze równa się nieskuteczności. Zwłaszcza w naszej rzeczywistości…
Krew zakrzepła i przestała ciec. Zapomniałem powiedzieć, że rany Produktów goją się szybciej, niż u innych ludzi. Z reguły. W przypadku Olivera tak było. Kazałem mu zagryźć kołdrę, żeby się nie darł i posmarowałem go maścią. Podarliśmy jego czyste prześcieradło i założyłem u nowy opatrunek. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić.
No nieźle-westchnąłem, leżąc już w moim nowym łóżku.
Dziwię się, że nikt nie zaprotestował. Niema zgoda na udział w krwawej gierce. Nikt nie powiedział ani słowa. Nikt nie próbował znaleźć innej drogi. Może tak nas wychowano. Może to dla nas naturalne-nasze życia znaczą tyle, ile istnienie zaawansowanych programów komputerowych.
Drogie, ale bezwartościowe. Rozumiecie.
Kiedy chciałem podrapać się po kostce, zauważyłem  t o.
Jak mały kawałeczek metalu.
Chip?






czwartek, 23 lipca 2015

Wstęp do zasad

Nikt nigdy nie był mi tak wdzięczny, jak oni teraz. Po prostu pootwierałem im pokoje. Cała podejrzliwość wyparowała z nich w momencie, gdy ujrzeli czystą pościel. W sumie-nie ma co się dziwić, po wypadku z bombą w zamku opuściły nas resztki sił. I coś jeszcze.
Czułem, że ten wypadek, ta pierwsza strata, taki krwawy chrzest, wepchnęły nas na drogę, z której nie ma odwrotu. Mam słabą intuicję, ale to wiedziałem. Chyba właśnie wiedziałem, a nie czułem.
-Doookuuuseeeeiiii!-zajęczał Oliver, leżąc już na swoim łóżku-Daj mi, proszę...jeszcze jednego procha…
Wbiegłem, potykając się o próg, i usiadłem na podłodze, koło jego szafki.
-Nie mogę. Dopiero za dwie godziny…Jak tam? Krwawisz jeszcze? Uciska cię opatrunek?
Oby uciskał. Jakimś cudem nie rozerwało mu tętnicy na strzępy, ale wiadomo, i tak krwawiła spektakularnie.
A ja zdążyłem już porządnie zmarznąć. 
-Tja. Ale chyba jakoś mniej.
-Rze…rzeczywiście. 
Spojrzał w sufit i westchnął głęboko.
-Powiedz mi szczerze, Dokusei…Czy ja umrę?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz pewnie przytoczę kilka ulubionych żartów. Śmierć bywa bardzo zabawnym tematem, jeżeli umiesz do tego odpowiednio podejść.
-Czy ja umrę, Dokusei?
-A, to z pewnością. Ale cię rozczaruję, bo raczej nie zrobisz tego teraz. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Rozśmieszyła mnie ulga wymalowana na jego twarzy.
-Kiedy mówiłem, żebyś mnie zabił-zaczął, znów wgapiając się w jasnoszary sufit.
-Taak? Pamię….pamiętam to, kontynuuj.
-Nie chciałem tego. Nie chciałem umierać.
-Cóż za niespodzianka, doprawdy. 
Odwrócił się znów w moją stronę i spojrzał mi w oczy z dziwną dla niego powagą.
-Obiecaj mi coś.
No nieźle. Szósta godzina gry, nie znam zasad, ale zawieram sojusze.
-Jeżeli nie będziesz musiał mnie zabijać…Nie rób tego. Choćbym płakał i błagał, nie rób tego. Jest ktoś, ze względu na kogo nie mogę sobie ot tak umrzeć. Jeśli nastąpi taka konieczność…Zrób to. Ale będę się bronić, ostrzegam.
Zamknął oczy, by się nie rozpłakać.
-Wiesz, Spence, co mnie zawsze bawiło?-postanowiłem mówić do niego po nazwisku, jak on do mnie.
Popatrzył na mnie z uwagą.
-Mówi się 'ja umieram, ty umierasz, on ona umiera'. Jakby to była czynność wykonywana przez mnie, ciebie, jego, ją. A przecież umierający nie jest tu wykonawcą czynności, prawda?
-Ale się wzruszyłem! Te, Srakrates! Ja tu wstrząśnienie mózgu mam! Posłuchaj...
Marco stał w drzwiach, trzymając się za obolałą głowę. Gdyby cokolwiek w niej miał, dawno by to uszkodził.
-Wstrząśnienie czego, Marco? Jest czym wstrząsać? Nieważne, zaczynało mi brakować tego wyrafinowanego poczucia humoru. Wciąż się zastanawiam, jakim cu…cudem twój zakuty łeb nie uszkodził ściany?
Nie myślcie, że każdy Intelektualista 'żartuje' jak ja. Albo że w ogóle żartuje. Po prostu wychowałem się w bardzo ironicznej, złośliwej rodzinie i starczyło mi bystrości, by tym nasiąknąć. Poczucie humoru to cecha nabywana przez całe życie, zależna od inteligencji i środowiska. Jestem więc skazany na kiepski sarkazm i nic na to nie poradzę.
Marco prychnął i podrapał się po szyi.
-Dasz mi procha?-zapytał.-Sam wiesz, że mocno przywaliłem.
-W sumie mogę ci dać, ale ca…cała tabletka to chyba za dużo. Przełamiesz na pół?
-W porządku-burknął-A, przy okazji, Misa coś znalazła. Chce nam o tym opowiedzieć.
-Hmmm…Po…poproś ją, żeby przyszła, bo my nie damy rady. Taka nie…niezręczna sytuacja!
-Zamknij się wreszcie, Dokusei!-warknął Oliver, szturchając mnie, żebym przestał się śmiać.
Beznadziejnie suche, nawet jak na mnie.
-Straszny z ciebie psychol, Dokusei-westchnął Marco, opierając się plecami o ścianę-Myślisz, że tego nie widać? Myślisz, że nie widać, że nie jesteś normalny? Że zabijałeś ludzi?
-Bo tobie tego zdecydowanie nie widać, Marco! Zwłaszcza numeru oddziału na nadgarstku. M419 to bynajmniej nie saperzy czy oddziały zwiadowcze…
Przycisnął mnie do ściany i zaczął dusić. Wisiałem jakieś piętnaście centymetrów nad ziemią i powoli ciemniało mi przed oczami.
-Jesteś bezczelnym śmieciem i…

                                                                           * * *

-…nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile osób modli się, żebyś zdechł jak najszybciej, albo, co lepsze, nigdy się nie narodził. A wróć, ty się nigdy nie narodziłeś, jesteś pieprzonym produktem z inkubatora-wysyczał Rzeźnik.
Tak Go nazywam. Tak Ich nazywam. Kopniak, z ust wylewa mi się kolejna porcja krwi. Moje wnętrzności zmieniły się w bezkształtną papkę, farsz do pierogów. Nie zabije mnie, nie może, moje życie jest warte o wiele więcej, niż ich wszystkich razem wziętych.
Albo, jak spojrzysz na to inaczej, nie jest warte absolutnie nic.
-Je…jeże…jeżeli mnie za…
-Co tam gadasz, gówniarzu?-Zapytał, pochylając się nade mną.
-Jeżeli mnie za…bijesz…-wycharczałem, siląc się na złośliwy półuśmiech-to zde…zdechniesz jak pies, zanim zdą…zdą…zdążysz się obej…rzeć. Jes...teś tylko kolejnym śred…średnio użytecznym osił…kiem, poganiaczem byd…ła, narzędziem prostszym od cepa, które moż…na zastąpić czymkolwiek. Myślisz, że ktoś się za…zawacha, zanim złamią ci krę…kręgosłup?-zakrztusiłem się krwią-Przecież szko…szkoda nabojów na ciebie, nie będą strzelać.
Zachowałem się jak idiota? Może. Nie, na pewno. Bo, widzicie, ja zawsze byłem strasznie dumny i lubiłem się odgryzać. Brak deseru, szlabany, dodatkowe zadania, pompki, areszt, ciosy, izolatka-nie zmieniało się nic oprócz konsekwencji, a to, co miało nauczyć mnie pokory, tylko podburzało narastający we mnie gniew.
Rzeźnik się roześmiał. Śmiał się długo i strasznie, prawie wypluł płuca, śmiech szaleńca. Zbyt dużo razy moim krótkim życiu słyszałem coś takiego.
-Masz rację, gówniarzu. Tutaj jestem niczym. Jestem niczym. Ale ty, mój drogi-ty jesteś nikim, a to o wiele- wiele gorsze, rozumiesz o czym mówię.
-Dzięku…ję za lekcje filozofii-o dziwo mówienie przestało sprawiać mi ból-ale prawda wyglą…wygląda tak, że jesteś ćpunem z rozbitą rodziną, psem na usługach gan…gu i terro…terrorystów. Błagam, myślisz, że tego nie wi…dać?
Na jego wychudzoną, bladą twarz narkomana wypełzł smutny uśmiech.
-Jeżeli cię odbiją i przeżyjesz-powiedział, patrząc w przestrzeń-To będziesz bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, młody. I sprawisz wiele nieszczęścia innym, a zwłaszcza tym, na których ci zależy.

                                                                           * * *
                                                             
-Marco, puść go natychmiast, on traci przytomność!-usłyszałem, jakby z bardzo daleka, głos Misy.
-Głuchy jesteś?! Puść go!-to Koe. Tak, to z pewnością ona.
Po chwili leżałem  na podłodze, charcząc i odzyskując ostrość widzenia. Nie było Rzeźników, zaciemnionej sali, tylko pokój, meble, i czworo nastolatków.
-Znalazłaś coś, Misa-powiedziałem nienaturalnym głosem, w końcu ten pacan mnie prawie udusił, ciężko mówić normalnie-Opowiedz nam proszę, jeśli możesz.
"Zwyciężyłem"-pomyślałem, patrząc na Marco. On to widział, a ja wiedziałem, że dla własnego bezpieczeństwa nie mogę stać zbyt blisko niego.
-Tak-szepnęła Misa drżącym głosem-To chyba zasady gry i myślę, że nie powinniśmy brać w niej udziału.
-Chcesz, żebym to przeczytał n głos?-zapytałem, wyjmując kartkę z jej drżącej ręki.
Pokiwała głową, wycierając rękawem łzy.


wtorek, 16 czerwca 2015

Rozpoczęcie gry

Co za idiota. Zrobił mi to na złość.
Kiedy zorientowałem się w sytuacji, leżeliśmy wszyscy na podłodze oblani krwią Olivera. Jego krew, podzielona między wszystkich. Nikt inny nie był ranny. Chyba. Padliśmy sami z siebie, nie odrzuciło nas siłą wybuchu, nic z tych rzeczy. Chyba. Padliśmy jak pierwszaki na próbnej ewakuacji, szybko i jednocześnie. Co roku organizowano taką w Centrum, jednym i drugim. Kupa zabawy, naprawdę. Mieliśmy w towarzystwie grupę wiecznie znudzonych piromanów, którzy lubili dostarczać nam wrażeń w postaci oficjalnych, prawdziwych ewakuacji. W Centrach psoci się na wielką skalę, ja na przykład byłem mistrzem fałszowania dolegliwości. Każdy prosił mnie o pomoc w upozorowaniu lub nawet doprowadzenie do zatrucia pokarmowego, krwotoku, pozornej gorączki czy kaszlu gruźlika. Możliwe szybko i bezboleśnie. Te dwa kryteria mówią o profesjonalizmie symulanta.
(Bardzo często odrywam się od rzeczywistości, ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie, nie teraz.)
Ocknąłem się jako pierwszy, spychając z siebie kogoś i siadając na ufajdanej podłodze. Chciałem zapytać, czy nikt prócz Olivera nie jest ranny, ale przeszkodził mi krzyk Misy.
Leżała koło niej zmasakrowana, lecz jeszcze rozpoznawalna ręka.
Rozejrzałem się szybko wokół. Marco stał wtedy dosyć blisko drzwi, walnął w coś głową, stracił przytomność. Bezpieczna pozycja, sprawdzenie pulsu. Check.
Koe wymiotowała w kącie.
Wiedziałem, że z tym zamkiem coś nie tak. Coś tam wystawało. To był niezbyt duży, ale dosyć skomplikowany, przynajmniej jak dla mnie, ładunek wybuchowy. Chyba wstawiliśmy do drzwi nie ten klucz. To swojego rodzaju system bezpieczeństwa, bo nie wydaje mi się, aby tych drzwi nie dało się wcale otworzyć. To musiał być system bezpieczeństwa. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć.
Oliver leżał na plecach w wielkiej kałuży krwi, jęczał i zalewał się łzami. Jakimś cudem wciąż przytomny. Z jego prawego barka zwisał krwawiący kikut, urwało mu rękę mniej więcej na wysokości łokcia. Koe wciąż wymiotowała, głośno i zapewne obficie. Nigdy nie brzydziło mnie ani nic, co wychodzi z ludzkiego ciała, ani ono samo. Bez słowa ściągnąłem koszulę i obwiązałem nią to, co zostało z ramienia Artysty, próbując zatamować krwotok. Nie współczułem mu ani trochę. Wiem, że zrobił to specjalnie. Idiota. Miał wystarczająco dużo czasu, by zareagować. Cholerny półmózg, sam jest sobie winien. Jak większość artystów zapewne nie ma dominującej ręki, więc jakoś da radę. Przynajmniej powinien.
Wyciągnąłem z kieszeni nóż i rozprułem kołnierzyk koszuli, którą opatrzyłem tego osła. Mam tam trzy niesamowicie mocne tabletki przeciwbólowe i maść antyseptyczną. Doświadczenie mnie nauczyło, że warto nosić coś takiego przy sobie. 
-Połknij to, Oliver.
Skrzywił twarz w grymas, który miał chyba przypominać uśmiech.
-Chce...cesz mnie dobić?-zapytał.-Dzięki, wiedziałem, że z ciebie równy gość.
-Zamierzałem ci dać prze...przeciwbólowe, ale jak wolisz. Służę pomocą.
-Tak? To mnie zabij.
-Nie daj się sprowokować, Ace!-krzyknęła Misa-Błagam, podaj mu ten lek!
Spojrzałem na nią. Trzęsła się, przerażona i obrzydzona. To dobrze. Dzięki temu najprawdopodobniej nie zauważyła, że mam nóż. Gdyby Marco nie stracił przytomności, w życiu bym go nie wyciągnął. Mocowałbym się z koszulą, co dałoby raczej mierny efekt. Zaszyłem to zbyt mocno. Nie mogłem pozwolić, by się dowiedzieli o mojej broni. To równałoby się samobójstwu, rzucaniu niedopałkiem w szopie, otwieraniu drzwi przez Olivera.
W końcu dał sobie wepchnąć pigułkę do ust i ją połknął, gdy groziłem mu, że uduszę Misę. Na szczęście zgodziła się ze mną odegrać tę scenkę, rozumiejąc mnie bez słów.
Współpracę z Intelektualistami ma w genach.
-Jak się czujesz, Koe?-zawołałem, odwracając się w jej stronę.
-Lepiej. Poszukam tych kluczy. Chociaż nie wiem, czy powinniśmy otwierać te drzwi...
-Ja się tym zajmę. Em...Mam na ich temat pewną teorię. Zamki wybuchają, jeżeli włoży się w nie nieodpowiedni klucz.
-Czemu tak twierdzisz?-spytała, spoglądając na mnie fiołkowymi, wiecznie smutnymi oczami. To zabawne; smutek był w nich permanentny, po prostu czasami dołączały do niego inne emocje. Tym razem ciekawość.
W swoim krótkim życiu nie poznałem wielu Muzyków, może czterech. Wszyscy okazali się w miarę inteligentnymi ludźmi, z którymi dobrze się rozmawia. Muzyka sporo wymaga od mózgu.
-Dam sobie rękę uciąć, że tak jest-powiedziałem, uśmiechając się do Olivera-Nie potrafię tego wyjaśnić, a...ale chyba podświadomie, no, wyciągnąłem jakieś wnioski. 
Jeżeli chcesz żyć skutecznie, zawrzyj pakt z nieświadomością.
Nagle Oliver podniósł lekko głowę.
-Przezabawny z ciebie facet, Dokusei!-rzucił w moją stronę-Dałbym sobie rękę uciąć za takie poczucie humoru.
-Na twoim miej...miejscu nie nabijałbym się z człowieka, który zatamował ci krwotok własną koszulą. Nawet nie wiesz jak mi zimno.
Postanowiłem w końcu sprawdzić, co z Marco. Zaczynał powoli dochodzić do siebie.
-Wybuchł jakiś niezbyt duży ładunek...-zaczęła Misa. Tak, tak, niech się nim zajmie, bo Koe właśnie podbiegła do mnie z kluczami.
-Nie wiem z czego są zrobione, Ace, ale żaden się nie połamał ani nic! Rozleciały się co prawda we wszystkie strony...Ale już je pozbierałam.
-Dzię...dzię...dziękuję. Resztę załatwię sam. A wy...wy zajrzyjcie do pomieszczenia, które łaskawie otworzył nam Oliver.
-Zamknij się, Dokusei!
-Kochany, nie nadwyrężaj się, jeszcze ostro krwawisz, odpocznij sobie.
Ukląkłem właśnie przy pierwszym z zamków, uważnie go oglądając i odrysowując w głowie kształt potencjalnego klucza.
-To pokój-oznajmił Marco-W sensie taki normalny pokój, do mieszkania. Nic się nie zniszczyło, tylko trochę brudu po wybuchu i bałagan. Łóżko, szafka, sedes. Żarówka na suficie, włącznik nad łóżkiem, brak okien, maleńki wywietrznik. Jakiś ekran i licznik na ścianie...
Właśnie udało mi się znaleźć pasujący klucz. Wziąłem głęboki wdech i spróbowałem otworzyć zamek.
Bez problemu.
Pokój, w którym się znalazłem, wyglądał najprawdopodobniej tak samo, jak tamto pomieszczenie przed wybuchem. Może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych wypełnionych zaskakująco świeżym powietrzem i światłem nieekologicznej żarówki. Takiej sprzed kilkunastu lat, trującej i skutecznej. 
Jak ja.
Spojrzałem wtedy na ekran i licznik. Tutaj też były.

Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 5h 14min 23s
Przeżyty czas: 5h 14min 23s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0

Nie wiem, w co się wpakowałem, a raczej w co zostałem wpakowany, ale zapowiada się ciekawie.
Na czymkolwiek polega ta gra, wiem, że nie mogę przegrać.
Nie mogę.

niedziela, 14 czerwca 2015

Sekcja psa

Może miałem na rękach znacznie więcej krwi niż jakikolwiek jego kolega z pułku.

Myślę, że dożywocie to zła kara. Nawet nie chodzi o obciążanie budżetu, ja sam obciążam budżet w najbardziej bezsensowny sposób. Po prostu nikt nie zasługuje na cierpienie, jakim jest monotonność i złudzenie, że wciąż żyjesz. Dlatego nieudane eksperymenty nigdy mnie nie załamywały. Ci więźniowie dostawali to, czego ja bym pragnął na ich miejscu. Zbawienie. Może na nie zasłużyli. Bo jeżeli Bóg istnieje, to chyba tylko jemu wolno nas sądzić. Inaczej wszystko posypałoby się jak domek z kart.
Nieudane eksperymenty należały jednak do rzadkości. Jak każdy człowiek, Intelektualiści mają różne zainteresowania i nieco inne zdolności. Mój konik to medycyna. Uczyłem się szybko, myliłem się rzadko. Kiedy miałem cztery lata, zabiłem naszego psa. Nie byłem chyba w pełni tego świadomy, ja po prostu chciałem wiedzieć, co pies ma w środku. Po bardzo długiej pogadance, pełnej łez Haigo i tłamszonej złości Tomasa, łażącego wokół stołu i skubiącego dziewiczą bródkę, postanowili zabrać mnie do psychologa. Oczywiście specjalnego, dla produktów.
Trzydziestoparoletni, miły, nieco stuknięty facet, zaczynał siwieć i ciągle poprawiał okulary. Pracując tu od dziesięciu lat, jak pochwalił się nam prawie na wejściu, zatracił większość nieudawanej wrażliwości. To dobrze, inaczej by już dawno wisiał na rurze od boilera w swoim małym mieszkanku. Nikt normalny nie wytrzyma czegoś takiego.
-Proszę się nie martwić-powiedział po wizycie, z której niewiele pamiętam-Ace to…wyjątkowy dzieciak, ale na pewno nie zarżnie was w nocy-dodał ze śmiechem.-Wystarczy na niego uważać, zapowiada się na dobrego lekarza. Sekcja psa na poziomie lekko doświadczonego praktykanta...
Wyjątkowo szczery jak na psychologa, prawda?
Pamiętam go dzięki późniejszym wizytom. Lubiłem gościa, byliśmy do siebie trochę podobni, ale ciężko mi powiedzieć co o tym zadecydowało.
Nigdy więcej nie zabiłem żadnego pupila domowego. No może oprócz dwóch rybek. Nie mogłem się powstrzymać, w końcu to nie ssaki, ich wnętrzności to fascynująca zagadka.
Przynajmniej tak myślałem w wieku sześciu lat.

Okazało się, że drzwi prowadzą do innego korytarza, krótkiego, czystego i z lepszym oświetleniem.
Drzwi. Tyle, ile nas.
Przyjrzałem się zamkom. Coś się nie zgadza. Jakoś tak dziwnie wyglądają. Może to paranoja?
-To nie ja tu jestem mądry-zaczął Marco, posyłając mi pełne uczucia spojrzenie-ale miałem w kieszeni pęk pięciu kluczy…
-Daaawaj to!-zawołała Koe ze śmiechem. Była pozytywna, ale w nieprzytłaczający sposób. Mimo, że w jej oczach wciąż widziałem smutek.
Tak naprawdę oczy nic nie wyrażają, to fakt potwierdzony badaniami. To niewielkie zmiany wyrazu twarzy, napięcia mięśni. Oczy są bez wyjątków puste. Jak u lalki, właściwie to wszyscy jesteśmy lalkami. Wy, prawdziwi, też. Ludzie są bez wyjątków lalkami.
-Daj, ja otworzę-Oliver zabrał Muzyczce klucze i podszedł z nimi do którychś drzwi.
Przyjrzałem się zamkom. Coś się nie zgadza.
Świadomość odgrywa w mózgu rolę marginalną. Jeżeli chcesz być skuteczny, zawrzyj pakt z podświadomością. Jak ja. Moim jedynym błędem jest niechęć do spontanicznej współpracy. Nie informuję ludzi o moich domysłach. Przez to nie byłem w stanie zapobiec wielu tragediom.
-Stój!-wrzasnąłem, rzucając się w stronę Olivera.
Za późno. Ja nigdy nie zdążam.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Krew

Gdy wszyscy podeszli już do drzwi, Oliver zaczął się szaleńczo śmiać. Jak człowiek na tyle zjarany, by bawiły go drzewa za oknem i amerykańskie sitcomy.
-Ha ha ha...No, no...Toś pocisnął!-wrzasnął w końcu.
Objął mnie ramieniem, żeby się nie wywrócić.
-Słyszałem wiele plotek i opinii o mózgowcach-dodał już nieco poważniej, wciąż wymachując ręką-Ale w życiu bym nie pomyślał, że naprawdę jesteście tacy...No błagam, to aż komiczne! Ha ha ha ha! A przejdę się po pokoju, a złamię sobie kod, a oleję wszystko i wszystkich, takie tam! Może tu zostaną i przestaną zawracać mi głowę! Ha ha ha!
Wiedziałem. Będą z tym błaznem problemy.
-Opanujesz się, czy mam ci pomóc?-syknął Marco, grożąc pięścią. 
-Jeżeli nie zamierzasz się uspokoić-dodałem, spoglądając mu w oczy-To my nie zamierzamy pozwolić ci iść z nami. Możemy cię tu bez problemu zamknąć. Hałaśliwi durnie nie należą do szczególnie przydatnych, wiesz?
-Jak nisko plasuję się w twojej skali przydatności?-zapytał mrużąc oczy. 
Jego śmiech opuścił salę, rozlewając się we wszystkie strony. Może o tym nie mówiłem, ale zdrowie psychiczne u Artystów często szwankuje.
Postanowiliśmy iść naprzód, nie zwracając na niego uwagi. Jeśli ktoś miał nas usłyszeć, pewnie już do tego doszło.
Nagle Oliver przestał rechotać, stanął i o puścił głowę tak, że grzywka zupełnie zakryła mu oczy. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
-Przepraszam-wyszeptał-Po prostu...Boję się. Ale pewnie trochę inaczej, niż wy...Nie tego, że coś mi się stanie. Boję się, że nigdy już nie zobaczę kogoś ważnego.
-Rozumiemy-wyszeptała Misa, podając mu dłoń-Chodźmy, dobrze?
Mimo, że od razu uświadomiłem sobie przydatność tej dziewczyny, wciąż wzbudzała we mnie obrzydzenie. Była jak sztuczne kwiaty pachnące odświeżaczem.
Wyszliśmy na wąski, chłodny korytarz, oświetlony mnóstwem żarówek, takich najtańszych, które przepalają się szybciej niż copywriterzy i szczury biurowe. Nagle w jednej z nich, zwisającej nad głową Misy, coś strzeliło i zaiskrzyło. Sekundę później opadła na nas gęsta ciemność. Taka, jakiej nigdy nie widziałem.
-To obwód elektryczny szeregowy-oświeciłem ich-Jedna z żarówek poszła, więc reszta też nie działa, jak w lampkach choinkowych.
-Fascynujące. Zostaw lekcje fizyki na potem i lepiej wykombinuj, jak się stąd wydostać!-rzucił Marco. To śmieszne, znałem go od kilku godzin, ale mogłem już ustalić wyraz jego twarzy na podstawie tonu wypowiedzi.
-Panowie, spokojnie. Mam, co trzeba!-Koe wybiegła przed nas, oświetlając sobie twarz latarką, niczym dzieci wieczorami na obozach. Miała w oczach dozę bezczelności, której wcześniej nie zauważyłem.
Mimo wszystko, to były smutne oczy.

                                                                       *   *   *

-Masz dość, śmieciu?! Masz dość?!
Po czole spływała mi strużka jego śliny.
-Cholerna kukła...
-Tylko nie w głowę, idioci! Głowy potrzebujemy...Zajmij się nim, a wy pójdziecie ze mną.
Kolejny kopniak w brzuch, kolejny stracony oddech. Krew zalewa moje wnętrzności.
Żeby tylko wnętrzności.
Krew zalała wszystko. Podłogę, ich ubrania, moją skórę, moje włosy. Wypełnia moje usta, opuszcza moje ciało.
A może ono nie jest już moje. Może straciłem je na rzecz tych rzeźników, ślepych od krwi.
-Wiesz, dlaczego ci współczuję, psie?-wysyczał, wymierzając kolejny kopniak.
Spoglądał mi w oczy. Raczej się tego domyśliłem, niż zobaczyłem. Za dużo krwi w oczach, za mało w mózgu.
-Ty-powiedział, stawiając mi but na twarzy-Ty będziesz w życiu doceniany. Tak, tak! Będziesz ważny, wielki i bogaty. Ale!-wykręcił mi rękę na plecach-Nikt, nigdy cię nie pokocha, nawet nie polubi, nie będzie uważał za osobę. Jesteś tylko zbiorem nadaktywnych neuronów! Jesteś cholernym komputerem! Bo ty, ty też nikogo nie pokochasz. Jesteś jakimś bachorem, a już zaczynasz! Masz gdzieś ludzi, masz gdzieś uczucia, nie potrafisz ich pojąć tym swoim zimnym łbem!-kopniak.-Wiesz, ile osób zamordowałeś?! I co?! Osiągnąłeś cel, tak?! Fajnie iść po trupach, co? Ludzie to najlepsza wykładzina pod twoje przeklęte stopy!
-To...to...-charczałem, wypluwając krew.
-Masz coś do powiedzenia, gnoju?!-wrzasnął.
-To...to by...byli...te...terro...ryści...i prze...przestęp...cy
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi kolory.
-Tak?! Wszyscy?! Wątpię! Wątpię też, że musiałeś tak postąpić! Ja również nie należę do szczególnie moralnych-szepnał, spluwając na mnie-ale nie potrafiłbym zabić grupy idealistycznie nastawionych nastolatków i ich rodziców, nie wspominając o dziesięciu niewinnych osobach. A ilu więźniów, ho ho! Media milczą, podczas gdy takie szmaty jak ty dokonują cichej, chirurgicznej, bezkrwawej rzezi! Nie lubimy brudzić rączek, co?! Gdybym...
Nie usłyszałem ani słowa z tego, co mówił.
"Nie jestem mordercą. Nie jestem zabójcą. Nie jestem psychopatą. Nie jestem mordercą." Powtarzałem to w głowie jak mantrę, powoli tracąc przytomność.
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi słowa.

                                                                       *   *   *
Nagle światło latarki zatrzymało się na metalowych drzwiach pokrytych łuszczącą się farbą. Widziałem takie na osiedlach w Berlinie.Tu nie ma takich osiedli.
Zamek z podrdzewiałą kłódką był dwa razy większy od mojej pięści. Jeżeli ten osiłek Marco go złamie, przetopimy to żelastwo na jego pomnik.
 -Jesteś niesamowity!-zawołała Misa, gdy Marco złamał kłódkę gołymi rękoma i wyważył drzwi.
-Do Palestyńskich domów też tak wchodziłeś?-zapytałem spokojnie.
-Zamkniesz się, czy mam ci pomóc?!-krzyknął, przypierając mnie do ściany. Wiedziałem, że nie zada ciosu, a ja dowiem się tego, czego chcę.
-Czyli jednak byłeś w wojsku.
-Nic ci do tego-burknął.
Nie zamierzałem go oceniać, sam nie miałem czystego sumienia. Założę się, że nikt z nas nie miał. A już na pewno nie ja.
Może miałem na rękach więcej cudzej krwi niż on.



niedziela, 19 kwietnia 2015

Kod

Kartka.
Udałem, że podciągam spodnie i odsunąłem rękę od kieszeni. Przecież nie wyciągnę kartki przy wszystkich, odczytując na głos jej treść. Jeżeli ma treść.
W pokoju zapanowała cisza, jakby do każdego już dotarło. Nie wiem niestety co.
-Trze...trzeba się rozejrzeć-powiedziałem, głośniej niż należało-Gdzie się znajdujemy i dlaczego. Wątpię, żebyśmy, no, mogli stąd sami wyjść. Mamy szansę zostać uratowani, tylko jeśli to sprawka terrorystów, albo spragnionych zysku porywaczy. Bo równie dobrze, to...to może być projekt. Dzieło tych, um. Tych z góry. W końcu-szepnąłem-nie jesteśmy dla nich ludźmi. Zbiór danych, produkt hodowli, mięso armatnie w walce o nic. O doskonałość, której nigdy nie osiągniemy, bo jak, bo po co? To nie ma początku ani końca...
Zrozumiałem, że te słowa opuściły moją głowę, gdy dotknąłem swojego policzka-niewytłumaczalny odruch, każdy takie ma. Na twarzy krzywy półuśmiech, złośliwy i szyderczy. Nie mój. Czasami wydaje mi się, że mieszkają we mnie dwie różne osoby, stary ja się rozpada, a nowy nie powstaje. Tylko pole bitwy między tą dwójką. I żaden z nich nie jest mną.
Uzewnętrzniony monolog wewnętrzny zagęścił i tak już nieprzyjemną atmosferę.
-Jajogłowy ma rację-rzucił Marco z uśmiechem, który miał wyglądać łobuzersko, ale przypominał ledwo trzymającą się materiału naszywkę-Dlaczego od razu nic nie zrobiliśmy?
-Heh. Widzę, że mam już no...nowego kolegę. Warto zapisywać te docinki, żeby się nie powtarzały. Nie lubię monotonii, wiesz?
Postanowiłem ciągnąć grę, którą zaczął. Zrobił to pewnie, by mieć się za co chwycić. Jeszcze nie teraz, potem. To typ człowieka, który próbuje radzić sobie z problemami, rozpraszając się.
Po około dziesięciu minutach, albo trzydziestu, nie mam pojęcia, mój wewnętrzny czasomierz funkcjonuje gorzej, niż wątroba alkoholika, ustaliliśmy plan działania. Chodziliśmy po pokoju, zaglądaliśmy w każdy z nielicznych kątów. Jedyne drzwi w pomieszczeniu były zamknięte.
Znalazłem to pod drugą ławką-nieduży, łatwy do przeoczenia napis. Wyczułem go palcami i nosem. Czerwono-brązowa, pachnąca metalem substancja, która niedawno była cieczą.
Widziałem w życiu o wiele więcej krwi niż powinienem, z czego ponad trzy czwarte pomiędzy pobytem w jednym Centrum a drugim.
Nieco rozmazałem ten napis, ale udało mi się ustalić, że przed dewastacją wyglądał tak:

(M-10) B F (3+5) H

Obok napisu, o dziwo, leżał długopis. Nie wnikam, liczmy na to, że krew po prostu urozmaica krajobraz i doprowadza do paranoi.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory. Słowa przesunęły się w tył głowy. Słowa słowa słowa. O, prawie jak wiersz.
Przed oczami zaczęły latać mi 
kolory. 
Słowa przesunęły się w 
tył głowy. 
Słowa słowa 
słowa. 
-Zaraz-mruknąłem-Czy obok tych drzwi..
Pobiegłem w ich stronę, wpadając po drodze na Muzyczkę. Jak się nazywała? Chyba Koe.
-Prze..prze...przepra...
Dukałem gorzej niż zwykle, jak kompletny idiota, który pogubił albo zjadł wszystkie fiszki pod tytułem "Życie codzienne wśród normalnych. Rozmówki ludzko-Ace'owskie".
-Nie. Nic nie szkodzi-uśmiechnęła się ciepło. Naprawdę ciepło, to nie uśmiech pielęgniarki, to prawdziwe ciepło, jak domowe naleśniki. Gdy mieszkałem z Haigo i Tomasem, jadaliśmy takie w każdą niedzielę.
Ja też zacząłem się uśmiechać. Ciepło, jak naleśnik.
Gdy dostałem się w końcu do tych drzwi, okazało się, że miałem rację-trzeba wpisać kod, aby się otworzyły, ewentualnie wybuchły albo zgładziły nas w inny sposób. Nieważne, trzeba je otworzyć. To dziecinnie proste.
Wpisałem to.

3 2 6 8 9

-Możemy wyjść-oznajmiłem, wskazując ręką na otwarte drzwi.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Integracja

-To kara boska!
Rozemocjonowane staruszki w śmierdzących naftaliną, filcowych beretach szeptały, siedząc na ławeczkach przed blokiem. Brzydkie, szare osiedle. Tutaj takich brakuje, ale w Berlinie jeszcze się ostały. Haigo, moja przybrana matka, studiowała w Niemczech i tam poznała Tomasa. Najpierw mieszkali w Japonii, oboje pracowali w firmie informatycznej. Wróciliśmy do Berlina już we trójkę. Właściwie we czwórkę, ale po kilku dniach okazało się, że Haigo znowu poroniła. Współczułem im, tej pechowej parze, bardzo źle znosili mieszankę tęsknoty, frustracji, wstydu i niezrozumienia po każdej wizycie u lekarza. W sumie to nie tylko im współczułem, chyba ich kochałem.
-Jak się bierze diabła do domu...
Siwa, przygarbiona babka z rosyjskim akcentem nie dokończyła, bo właśnie przechodziłem obok. Nie myślcie, że mieszkałem w tej wylęgarni patologii, pełnej nieletnich prostytutek, ćpunów, alkoholików i zabiedzonych staruszków, którzy nie potrafili się tu odnaleźć, zbici w ciasne stadka pod klatkami schodowymi i w prowizorycznych klubach seniorów.
Niewiele takich osiedli się ostało.
Mieszkałem na prestiżowym osiedlu niezwykle nowoczesnych, drewniano-szklanych domków jednorodzinnych, pełnych porcelany, perskich dywanów, sztuki nowoczesnej i smart-mebli, nadętych nowobogackich i strzyżonych ręcznie żywopłotów.
Wyglądało to, jakby psychopatyczne dziecko wcisnęło te dwa światy w jedną, małą przestrzeń, a teraz śmiało się, prawie spadając z wysokiego stołka, górującego nad szarymi blokami.
Jak się bierze diabła do domu...
Właśnie tak o mnie myśleli. O prawie zwyczajnym, osieroconym dziecku. Nawet po tym, gdy stało się...Nieważne. Nie chcę o tym myśleć. Muszę się wyłączyć, chciałbym się wyłączyć, wziąć do ręki coś ostrego i amputować sobie umysł, myśli, te kalekie wspomnienia i sny. Bo kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.

*  *  *
Znaleźliśmy drzwi. Zaprowadziły nas do dużego, oświetlonego pomieszczenia, z kilkoma monitorami na pokrytych bordową tapetą ścianach. Pod sufitem znajdowało się małe okienko zasłonięte ciężką zasłoną. Połowę jej masy wydawał się stanowić kurz.
Sportowiec ocknął się w chwili, gdy opuszczaliśmy ciemną salę. Nazwałem ją punktem startu. A może to właśnie punkt końca? Myśli biegają mi po głowie jak schizofrenik pewny, że wokół szaleje pożar. Bardzo często tak mam, jakby ktoś wyświetlał mi przed oczami zmieniające się z ogromną prędkością słowa i obrazy. Słowa słowa słowa słowa. Obrazy. Kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
-...poznali?-zapytał, spoglądając na mnie. Ten chłopak, Artysta. Na pewno Artysta. 
Niski, raczej szczupły. Mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy, w podartych czarnych jeansach i koszulce jakiegoś metalcore'owego zespołu. Spod pseudohipsterskiej czapki "beanie" wyłaziła jasnobrązowa grzywka. Miał owalną twarz, zamglone, szare oczy, piegi i podkówkowaty kolczyk w przegrodzie nosowej. Przebiegłem po nim dwa razy wzrokiem i mogę dać głowę, że to Artysta. I że przysporzy nam trochę problemów. Z przeczuciami i intuicją jest u mnie różnie, ale widziałem już takich. Mieli ten sam wyraz twarzy, te same myśli, to samo nastawienie, wszyscy byli jak tykające bomby, misterne rzeźby z prochu strzelniczego, piękne i ciekawe, ale bezcelowo niebezpieczne. Swojego rodzaju skutek uboczny, bardziej uboczny, niż my wszyscy; zabawka laborantów. Powołani do życia nie do końca wiadomo po co, introwertyczne dzieciaki z ponadprzeciętnymi zdolnościami manualnymi. Znerwicowane, wrażliwe dzieciaki, pełne wszczepionej im od początku, wprogramowanej potrzeby wyrażania skomplikowanych uczuć przez sztukę, obrazy i słowa, kształty plam, substancji i liter.
Słowa słowa słowa słowa. Widzicie to, moje myśli nabierają rytmu.
-Ma...masz rację-odpowiedziałem, spoglądając na Artystę-zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym położeniem, powinniśmy, tego no, wiedzieć, jak się do siebie zwracać. Bo, em, nikt z was chyba nie chce być określany jedynie bardziej lub mniej złośliwą nazwą grupy, do której należy, prawda?
Pokiwali głowami. Tylko z pozoru zachowywali się spokojnie-nerwowe tiki, rozlatane oczy. Silny nawet nic nie ukrywał, chodził w kółko jak zaburzony chomik. Moja sąsiadka z dzieciństwa takiego miała-rozdrapywał sobie skórę, biegał ciągle po tej samej trasie i zabił się, gdy po raz pierwszy wypuszczono go z klatki. Od tamtej pory nie lubię chomików. Głupie, włochate kulki.
-Jestem Koe Merodi-zaczęła Muzyczka, nawet na nas nie patrząc. A szkoda, bo miała ładne, liliowe oczy. Laboranci lubią się pobawić -Mieszkałam w Tokyo, a później w tamtejszym Centrum. Gram na skrzypcach, pianinie, saksofonie, gitarze, flecie, akordeonie...
-Wystarczy!-zawołał Artysta, śmiesznie wymachując rękoma-Stop! Dzięki! Koniec! Nie zapamiętamy!
-Opowiesz nam jeszcze kiedyś?-zapytała Charyzmatyczna z uśmiechem konsultantki biura-Teraz i tak nie zapamiętamy, jak powiedział kolega...
-Jestem Oliver Spence-rzucił Artysta, depcząc prawą nogą koniuszek lewego buta-Przeprowadziłem się do Japonii dwa miesiące temu, z Anglii. Głównie rysuję, grafika i te sprawy. Trochę rzeźbię. Słucham zespołu Self War. W sumie tyle. Nie wiem, po co to mówię.
-Komfort psychologiczny-odparłem.
-Słucham?-Silny nagle włączył się do rozmowy-Powtórzysz?
-Powiedziałem komfort psychologiczny. Wszyscy chcemy go mieć.
-Myślę, że miałbym go najwięcej, gdybym się stąd wydostał-westchnął- A tak w ogóle to mam na imię Marco, przenieśli mnie z Holandii, gdy byłem mały.
Wrzucono go wtedy w rzeczywistość, której nie potrafił przełknąć. Miał w sobie coś z weterana wojennego, być może wcielili go do wojska, z Siłaczami często to robią, nawet z dziećmi. Nie wiem.
-Misa Supichi, bardzo mi miło-odgarnęłą rude włosy i obrzuciła nas kolejnym uśmiechem, jeszcze gorszym, uśmiech biurwy, uśmiech pielęgniarki w Centrum, uśmiech przyszywanej matki, która czuje ulgę, oddając dziecko do Centrum-Pochodzę z Kioto, zamierzam zaangażować się w politykę. Mam brata, Nodo. Jesteśmy bliźniakami dwujajowymi-wyjaśniła.
Aha, pomyślałem. Aha. To dzieci, próbują zbudować więź, potrzebują zaufania. Różnimy się-oni chcą poczuć się bezpieczni, znalezienie rozwiązania to dla nich sprawa drugorzędna. Ja mam inną hierarchię wartości.
-Ace Dokusei.
To nie tak miało brzmieć, nie chciałem wyjść na ignoranta z aspergerem, nie. Zatkało mnie po prostu. To nie tak, że nie powiedziałem nic więcej, bo uważam, że to nieistotne.
-Ja...-dodałem, gdy zaczęli się we mnie intensywnie wpatrywać- Najpierw mieszkałem w Tokyo, następnie w Berlinie, później wróciłem.
Aha, pomyśleli pewnie. Aha.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Nie tej, w której znalazłem nóż, do drugiej.
Była tam kartka.