Co za idiota. Zrobił mi to na złość.
Kiedy zorientowałem się w sytuacji, leżeliśmy wszyscy na podłodze oblani krwią Olivera. Jego krew, podzielona między wszystkich. Nikt inny nie był ranny. Chyba. Padliśmy sami z siebie, nie odrzuciło nas siłą wybuchu, nic z tych rzeczy. Chyba. Padliśmy jak pierwszaki na próbnej ewakuacji, szybko i jednocześnie. Co roku organizowano taką w Centrum, jednym i drugim. Kupa zabawy, naprawdę. Mieliśmy w towarzystwie grupę wiecznie znudzonych piromanów, którzy lubili dostarczać nam wrażeń w postaci oficjalnych, prawdziwych ewakuacji. W Centrach psoci się na wielką skalę, ja na przykład byłem mistrzem fałszowania dolegliwości. Każdy prosił mnie o pomoc w upozorowaniu lub nawet doprowadzenie do zatrucia pokarmowego, krwotoku, pozornej gorączki czy kaszlu gruźlika. Możliwe szybko i bezboleśnie. Te dwa kryteria mówią o profesjonalizmie symulanta.
Kiedy zorientowałem się w sytuacji, leżeliśmy wszyscy na podłodze oblani krwią Olivera. Jego krew, podzielona między wszystkich. Nikt inny nie był ranny. Chyba. Padliśmy sami z siebie, nie odrzuciło nas siłą wybuchu, nic z tych rzeczy. Chyba. Padliśmy jak pierwszaki na próbnej ewakuacji, szybko i jednocześnie. Co roku organizowano taką w Centrum, jednym i drugim. Kupa zabawy, naprawdę. Mieliśmy w towarzystwie grupę wiecznie znudzonych piromanów, którzy lubili dostarczać nam wrażeń w postaci oficjalnych, prawdziwych ewakuacji. W Centrach psoci się na wielką skalę, ja na przykład byłem mistrzem fałszowania dolegliwości. Każdy prosił mnie o pomoc w upozorowaniu lub nawet doprowadzenie do zatrucia pokarmowego, krwotoku, pozornej gorączki czy kaszlu gruźlika. Możliwe szybko i bezboleśnie. Te dwa kryteria mówią o profesjonalizmie symulanta.
(Bardzo często odrywam się od rzeczywistości, ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie, nie teraz.)
Ocknąłem się jako pierwszy, spychając z siebie kogoś i siadając na ufajdanej podłodze. Chciałem zapytać, czy nikt prócz Olivera nie jest ranny, ale przeszkodził mi krzyk Misy.
Leżała koło niej zmasakrowana, lecz jeszcze rozpoznawalna ręka.
Rozejrzałem się szybko wokół. Marco stał wtedy dosyć blisko drzwi, walnął w coś głową, stracił przytomność. Bezpieczna pozycja, sprawdzenie pulsu. Check.
Koe wymiotowała w kącie.
Wiedziałem, że z tym zamkiem coś nie tak. Coś tam wystawało. To był niezbyt duży, ale dosyć skomplikowany, przynajmniej jak dla mnie, ładunek wybuchowy. Chyba wstawiliśmy do drzwi nie ten klucz. To swojego rodzaju system bezpieczeństwa, bo nie wydaje mi się, aby tych drzwi nie dało się wcale otworzyć. To musiał być system bezpieczeństwa. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć.
Oliver leżał na plecach w wielkiej kałuży krwi, jęczał i zalewał się łzami. Jakimś cudem wciąż przytomny. Z jego prawego barka zwisał krwawiący kikut, urwało mu rękę mniej więcej na wysokości łokcia. Koe wciąż wymiotowała, głośno i zapewne obficie. Nigdy nie brzydziło mnie ani nic, co wychodzi z ludzkiego ciała, ani ono samo. Bez słowa ściągnąłem koszulę i obwiązałem nią to, co zostało z ramienia Artysty, próbując zatamować krwotok. Nie współczułem mu ani trochę. Wiem, że zrobił to specjalnie. Idiota. Miał wystarczająco dużo czasu, by zareagować. Cholerny półmózg, sam jest sobie winien. Jak większość artystów zapewne nie ma dominującej ręki, więc jakoś da radę. Przynajmniej powinien.
Wyciągnąłem z kieszeni nóż i rozprułem kołnierzyk koszuli, którą opatrzyłem tego osła. Mam tam trzy niesamowicie mocne tabletki przeciwbólowe i maść antyseptyczną. Doświadczenie mnie nauczyło, że warto nosić coś takiego przy sobie.
-Połknij to, Oliver.
Skrzywił twarz w grymas, który miał chyba przypominać uśmiech.
-Chce...cesz mnie dobić?-zapytał.-Dzięki, wiedziałem, że z ciebie równy gość.
-Zamierzałem ci dać prze...przeciwbólowe, ale jak wolisz. Służę pomocą.
-Tak? To mnie zabij.
-Nie daj się sprowokować, Ace!-krzyknęła Misa-Błagam, podaj mu ten lek!
Spojrzałem na nią. Trzęsła się, przerażona i obrzydzona. To dobrze. Dzięki temu najprawdopodobniej nie zauważyła, że mam nóż. Gdyby Marco nie stracił przytomności, w życiu bym go nie wyciągnął. Mocowałbym się z koszulą, co dałoby raczej mierny efekt. Zaszyłem to zbyt mocno. Nie mogłem pozwolić, by się dowiedzieli o mojej broni. To równałoby się samobójstwu, rzucaniu niedopałkiem w szopie, otwieraniu drzwi przez Olivera.
W końcu dał sobie wepchnąć pigułkę do ust i ją połknął, gdy groziłem mu, że uduszę Misę. Na szczęście zgodziła się ze mną odegrać tę scenkę, rozumiejąc mnie bez słów.
Współpracę z Intelektualistami ma w genach.
-Jak się czujesz, Koe?-zawołałem, odwracając się w jej stronę.
-Lepiej. Poszukam tych kluczy. Chociaż nie wiem, czy powinniśmy otwierać te drzwi...
-Ja się tym zajmę. Em...Mam na ich temat pewną teorię. Zamki wybuchają, jeżeli włoży się w nie nieodpowiedni klucz.
-Czemu tak twierdzisz?-spytała, spoglądając na mnie fiołkowymi, wiecznie smutnymi oczami. To zabawne; smutek był w nich permanentny, po prostu czasami dołączały do niego inne emocje. Tym razem ciekawość.
W swoim krótkim życiu nie poznałem wielu Muzyków, może czterech. Wszyscy okazali się w miarę inteligentnymi ludźmi, z którymi dobrze się rozmawia. Muzyka sporo wymaga od mózgu.
-Dam sobie rękę uciąć, że tak jest-powiedziałem, uśmiechając się do Olivera-Nie potrafię tego wyjaśnić, a...ale chyba podświadomie, no, wyciągnąłem jakieś wnioski.
Jeżeli chcesz żyć skutecznie, zawrzyj pakt z nieświadomością.
Nagle Oliver podniósł lekko głowę.
-Przezabawny z ciebie facet, Dokusei!-rzucił w moją stronę-Dałbym sobie rękę uciąć za takie poczucie humoru.
-Na twoim miej...miejscu nie nabijałbym się z człowieka, który zatamował ci krwotok własną koszulą. Nawet nie wiesz jak mi zimno.
Postanowiłem w końcu sprawdzić, co z Marco. Zaczynał powoli dochodzić do siebie.
-Wybuchł jakiś niezbyt duży ładunek...-zaczęła Misa. Tak, tak, niech się nim zajmie, bo Koe właśnie podbiegła do mnie z kluczami.
-Nie wiem z czego są zrobione, Ace, ale żaden się nie połamał ani nic! Rozleciały się co prawda we wszystkie strony...Ale już je pozbierałam.
-Dzię...dzię...dziękuję. Resztę załatwię sam. A wy...wy zajrzyjcie do pomieszczenia, które łaskawie otworzył nam Oliver.
-Zamknij się, Dokusei!
-Kochany, nie nadwyrężaj się, jeszcze ostro krwawisz, odpocznij sobie.
Ukląkłem właśnie przy pierwszym z zamków, uważnie go oglądając i odrysowując w głowie kształt potencjalnego klucza.
-To pokój-oznajmił Marco-W sensie taki normalny pokój, do mieszkania. Nic się nie zniszczyło, tylko trochę brudu po wybuchu i bałagan. Łóżko, szafka, sedes. Żarówka na suficie, włącznik nad łóżkiem, brak okien, maleńki wywietrznik. Jakiś ekran i licznik na ścianie...
Właśnie udało mi się znaleźć pasujący klucz. Wziąłem głęboki wdech i spróbowałem otworzyć zamek.
Bez problemu.
Pokój, w którym się znalazłem, wyglądał najprawdopodobniej tak samo, jak tamto pomieszczenie przed wybuchem. Może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych wypełnionych zaskakująco świeżym powietrzem i światłem nieekologicznej żarówki. Takiej sprzed kilkunastu lat, trującej i skutecznej.
Jak ja.
Spojrzałem wtedy na ekran i licznik. Tutaj też były.
Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 5h 14min 23s
Przeżyty czas: 5h 14min 23s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0
Nie wiem, w co się wpakowałem, a raczej w co zostałem wpakowany, ale zapowiada się ciekawie.
Na czymkolwiek polega ta gra, wiem, że nie mogę przegrać.
Nie mogę.