sobota, 27 lutego 2016

Pakt z diabłem

No nieźle.
Mam w głowie trzy sowieckie bomby atomowe. Bolą, czerwone skurwysyny. Pękają. Fala uderzeniowa idzie po tętnicach.
No nieźle.
- Słucham? - szepnąłem z niedowierzaniem.
- Dobrze słyszałeś. Pojutrze Marco będzie martwy.
- Martwy. Zabijesz go?
Cholera, jakie inteligentne pytanie.
- Może tak - odparła, spoglądając z niechceniem na swoje pomalowane różowym lakierem paznokcie. - A może i nie. Może sam się zabije. Planuję to drugie.
No tak. Marco to dzieciak-weteran. Na pewno jest wyniszczony psychicznie, ale... Aż do tego stopnia? Że w dwa dni...?
- Dlaczego nie Olivera, hm? Wygląda na kogoś, komu nie kupowano pasków do spodni, bo by się jeszcze powiesił. Nawet jak na Artystę jest okropnie pierdolnięty, wydaje się mieć zaburzenia bipolarne. Dziwię się, że go nie wyeliminowano na wczesnym etapie badań. Przynosił jakiekolwiek zyski?
- Jakie to bezduszne z twojej strony! Okropny jesteś. Nie dziwię się, że nie masz przyjaciół. Nie pytaj, skąd to wiem, bo to oczywiste. Takie rzeczy widać.
-Touché.
Kręci mi się w głowie i nie mogę się skupić, na ułamek sekundy twarz Misy rozmywa mi się przed oczami. Nigdy tak nie reagowałem na brak snu. To przez ten pieprzony stres. Co z tego, że na stres też nigdy tak nie reagowałem. Zyski. W wieku Olivera powinno się już przynosić zyski. Tak, Artyści i Muzykalni mieli zdominować przemysł rozrywkowy, pompując pieniądze mas prosto do kieszeni grubych ryb show biznesu i świata sztuki. Głupie i naciągane? Może, ale tacy właśnie jesteśmy, zarówno normalni, jak i Produkty. Głupi i naciągani.
Zyski. Artyści czy Muzykalni nie dostaną z nich prawie nic. Produktom nie przysługują takie prawa, jak zwykłym twórcom. W Singapurze, Kanadzie czy Japonii jesteśmy stosunkowo dobrze traktowani. Ale w niektórych krajach-lepiej nie mówić...
- To jak, Ace? - wyrwała mnie z zamyślenia Misa - Zawieramy sojusz?
Jak ja mam jej okrutnie dosyć.
- Jak ja mam cię okrutnie dosyć. - powiedziałem na wydechu.
- Słucham?
Zalewa mnie mieszanina krwi i ropy.
- Mam cię strasznie dosyć. Jestem wyczerpany psychicznie, zirytowany i najchętniej rozbiłbym ci głowę o tę szafkę. Cóż, skoro jednak chcesz sojuszu, to go dostaniesz. Ale muszę cię o czymś poinformować.
- Zamieniam się w słuch!
Wziąłem wdech i spojrzałem na licznik. Dziewięć godzin, dwadzieścia siedem minut. Czuję się tak, jakbym w ciągu tych kilku godzin przeżył niemal tyle, co w ciągu całego życia. A przecież gra się jeszcze nie rozpoczęła.
- Jeżeli nie spełnisz swojej obietnicy - zacząłem nienaturalnie powoli - albo jakiejkolwiek złożonej później... Albo zawrzesz sojusz za moimi plecami... Albo... Albo będziesz działała na moją niekorzyść, zastrzegam sobie prawo do... do zabicia cię.
- Nie ufasz mi? - spytała z przymilnym uśmiechem
- A mam ku temu powody?
- Masz.
Nastała chwila niezręcznej ciszy, ale niezręcznej tylko z mojej perspektywy. We własnym, wprowadzanym w życie planie nie ma miejsca na niezręczności. Ona musi wiedzieć, co za chwilę zrobi. Ba, pewnie już wie, że za chwilę spytam:
- I co mi powiesz?
A ja, mimo różnych wątpliwości, wiem, że zaraz usłyszę:
- Dobrze. Umowa stoi. Nie będę cię dłużej męczyć, Ace. Wracaj do siebie, idź spać. Dobranoc!
-Tja - mruknąłem, przecierając szczypiące oczy- Dobrej nocy.

Wróciwszy do pokoju, rzuciłem się na łóżko myśląc tylko o tym, jak straszliwie chce mi się spać. Oczywiście, w tym momencie dorwała mnie okropna bezsenność.
Gapiąc się w szarawy sufit, postanowiłem ułożyć plan wydarzeń Tej Historii.

1. Ogłuszenie i porwanie "za grzechy". Może później zrozumiem, o jakie grzechy chodziło.
2. Spotkanie pozostałych czterech Produktów w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu. Znalezienie noża w kieszeni.

Sprawdzam, czy wciąż go mam. Check. To byłoby straszne, zgubić go na samym początku.

3. Znalezienie pokoju z okienkiem, opuszczenie go za pomocą kodu.
4. Wyjście na korytarz, otworzenie pokoi, ujebanie sobie ręki przez Olivera.

Sztucznie to brzmi, ten mój plan wydarzeń, ale reguły (nie mylić z zasadami!) są po to, by ich przestrzegać, a podstawowa reguła przy pisaniu wydarzeń brzmi: jak strona bierna raz, to już do końca. No, prawie tak. A w ogóle, to co mnie to interesuje, z reguły wyrażam się nienaturalnie. Tak przynajmniej słyszałem.

5. Zapoznanie się z zasadami "gry". Brak protestów, ku mojemu zaskoczeniu. "Zabijać? Dobra."
6. Zawarcie sojuszu z Misą.

To na razie tyle. Teraz pozostało tylko czekać na rozpoczęcie gry i na spełnienie obietnicy Misy.
Szczerze mówiąc to wątpię, żeby jej się udało. Szczerze mówiąc to wątpię, że ją zabiję.
No nic. Zostało mi tylko czekać. Skup się.
Nie, nie, cholera, nie skupiaj się, tylko zrelaksuj. Idź spać, jesteś w swoim kochanym, znienawidzonym Centrum. połóż się twarzą do ściany i idź spać. Sprawdź tylko kalendarzyk, o którym była mowa w regulaminie gry. Co dziś mamy? O, sobota. Świetnie.
Zaczynamy osiemnastego kwietnia.






piątek, 15 stycznia 2016

Niczego nie obiecuję

Misa uśmiechnęła się życzliwie. Położyła palec na ustach i machnęła do mnie ręką w geście "chodź za mną, wiem, gdzie mama chowa ciastka". Zarówno słodycze, jak i pakowanie się w dziwne sytuacje zawsze mnie bardzo pociągały, więc poszedłem.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Zamknęła za nami drzwi (oczywiście na klucz) i rozsiadła się na podłodze. Po dwóch niezręcznych sekundach zrobiłem to samo. Szczerze mówiąc, nie znoszę siedzenia na podłodze, wolę pufy, stoły, ławki i krzesła, na których zawsze podwijam pod siebie nogi w jakiś skrajnie nieludzki sposób. Siedzenie to w ogóle sprawa bardzo niezdrowa. W Ośrodku, do którego kiedyś uczęszczałem, dostałem raz karę za rzucenie podobnym tekstem. Najwyraźniej nauczyciele nie lubią, gdy na pytanie "Dlaczego chodzisz po sali?" dzieciak odpowiada "Czy pani w ogóle wie, jak siedzenie źle wpływa na układ krążenia? Na dodatek prowadzi do otyłości i...". Pamiętam, że nawet nie dokończyłem tego wywodu. Usłyszałem tylko nasączone jadem "Och. W takim razie postoisz sobie, tak dla zdrowia. Do końca dnia." Z reguły nauczyciele w Ośrodkach nie różnią się od tych w normalnych szkołach niczym oprócz wykształcenia i poglądów wystarczająco liberalnych, by traktować nas nieco lepiej od maszyn typu toster. Z szacunkiem. Jak na przykład PC. PC to Szanowna Maszyna przez duże "M". Ale zdarzali się i tacy, którzy patrzyli na nas jak na przyciski do papieru toaletowego.
Cholera. Znowu ten pulsujący ból w głowie. Spać. Spać.
Boli. Znowu się zawieszam. Boli. Nie mam sił, ból rozsadza mi czaszkę, wyjątkowo omijam ważny poziom wyczerpania psychicznego, czyli hiperaktywność. To naprawdę szczególny i widowiskowy stan, w którym okazuję się całkiem wesołą, przyjazną i przerażającą osobą. Polecam.
- Ace - zaczęła nagle Misa, spoglądając mi w oczy - musimy pogadać o czymś ważnym. Właściwie to chciałam cię o coś poprosić, ale musisz mi obiecać, że nikt nie dowie się o naszej rozmowie, dobrze?
Niemożliwe. Dopiero się uczy, to jasne. Jak każdy z nas, rozwija swoje niesamowite zdolności niszczenia świata. Ale ona już jest niesamowita w jakiś niewytłumaczalny sposób. Dostrzegam niektóre jej sztuczki, choć to pewnie maleńki ułamek tego, jak bajeruje wszystko. Absolutnie każdym gestem. Prośba o zachowanie rozmowy w tajemnicy powinna mnie zaniepokoić, prawda? Cóż, nie w wykonaniu Misy. Rzuca banałami, ale robi to tak, że ufasz jej bardziej niż własnej matce, imponującemu starszoklasiście czy samemu sobie.
- W porządku - odparłem. Wydaje mi się, że wiem do czego zmierza.
- Pewnie już się tego domyśliłeś, bo nawet jak na Intelektualistę jesteś wybitny. Chciałabym - tu na chwilę wstrzymała oddech. Nawet tacy ludzie czasami się wahają - chciałabym zaproponować ci swojego rodzaju sojusz.
No kto by pomyślał.
- Pochlebstwami mnie do sie... siebie nie przywiążesz, wiesz?
- Nie musisz być taki ostry, Ace - szepnęła, pochylając się w moją stronę. Nie potrafię tego wytłumaczyć. ale czuję, że to koniec, już mnie rozgryzła, wie jak działam i jak mi rozkazać, bym jej rozkazywał, bo na tym ma polegać współpraca, jak zawsze i wszędzie. Jest bardzo, bardzo, bardzo źle, bo popadam w panikę. Interesuję się neurobiologią, a co za tym idzie-również psychologią i psychiatrią. Częściowo rozumiejąc, co się ze mną dzieje, czuję się okropnie, jak zwierzę świadome prowadzenia na rzeź. Gość z wciskaną pod wodę głową. Taka świadomość powolnego umierania tu i teraz, bycia rozkładanym na części, bycia dla kogoś przezroczystym jak szkło. Mam lekką obsesję na punkcie kontroli nad sobą i sytuacją i naprawdę nie lubię, gdy ktoś mną manipuluje, nawet dla mojego dobra. Nie, nie jak każdy. Bardziej. Nie wytłumaczę, bo nie umiem. Nieważne.
-Spe... specjalnie czekałaś na ten moment. Kiedy będę okropnie zmęczony, nie?
-Co ty gadasz, Ace. Chyba jesteś zbyt podejrzliwy. Pomyśl trochę, przecież umiesz. Współpraca byłaby opłacalna dla nas obojga, prawda? To żadna manipulacja z mojej strony.
Przedostatni poziom. Agresja. Na razie pasywna, ale to się zaraz zmieni, zacznę rzucać ścianami, podpalać biurowce i wieszać noworodki.
Wstałem. Misa również. Oparłem się o ścianę, pochyliłem w jej stronę i wymamrotałem:
-Słuchaj. Jestem wycieńczony. Jeśli nasza współpraca ma polegać na tym, że pozwolisz mi teraz iść spać, to bardzo chętnie.
-Ace, to poważna sprawa.
-Tak? Dobrze. Co mi da taki sojusz? Jaki będę mieć z ciebie pożytek? Oświeć mnie, proszę.
Na jej twarzy pojawił się straszny uśmiech. Uśmiech kogoś, kto podczas słuchania oskarżeń na własnym procesie o morderstwa gładzi cudem przemycony pas szahida i przesuwa palec w stronę przycisku.
-Wbrew pozorom, potrzebuję cię. Mam pewne wzory działania, nieliczne, ktoś musi mi tworzyć nowe, tworzyć dla mnie plany. I będziesz to ty, Ace. Niczego nie obiecuję, ale jeżeli się postaram, to...
-To?
-To pojutrze Marco będzie martwy.

niedziela, 10 stycznia 2016

Small-talk

  Dodatkowe palce to, na swój sposób, piękna sprawa. Igła w rękach Koe tańczyła jak Masaj przyzywający deszcz. Wyjątkowe zdolności manualne, nawet jak na Muzykalną. Mam nadzieję, że nie włada równie dobrze innymi ostrymi narzędziami, bo mogłoby się to dla mnie bardzo przykro skończyć. Gdyby... 
Nie. Stop, ctrl+z, do tyłu. To nieodpowiedni moment na snucie czarnych scenariuszy, za wcześnie, za wcześnie na paranoję.
Za wcześnie na paranoję. "Za wcześnie na paranoję?" Za późno na takie gadanie. Ona już wykiełkowała. Rośnie z minuty na minutę, to wspólny nam wszystkim guz mózgu, zakaźny ropniak, czuję go przez ściany, zapach gabinetu weterynaryjnego, cichy zapach zwierzęcego strachu.
  Siedzę w pokoju Koe już od niemal pół godziny, a żadne z nas nie odezwało się ani jednym słowem. Dwudziesta ósma minuta. Szesnasta sekunda. Potrafię milczeć bardzo długo, nawet przebywając z kimś sam na sam. Zastanawiam się czasami, co ten ktoś o mnie myśli. "Upośledzony? W końcu laboranci też popełniają błędy... Nie, pewnie po prostu dumny cham!" A to nie tak. To nie tak, że kimś gardzę i uważam za niegodnego zaszczytu, jakim jest pogadanka ze mną. Ja najzwyczajniej w świecie nie radzę sobie ze small-talk. Pogoda? Wystrój miejsca, w którym się znajduję? "Często tu bywasz?" Co mam powiedzieć, oświećcie mnie! Albo i nie. Zawsze na zarzuty braku umiejętności konwersacji odpowiadałem taką krótką rymowanką :"Od strzępienia języków mamy Charyzmatyków". 
Rozmawiam zazwyczaj w jakimś celu i rzadko kiedy jest nim pragnienie kontaktu. Ace to osobnik dosyć niestadny. Pamiętam, że raz nie opuściłem pokoju przez trzy tygodnie i nie zamieniłem z nikim słowa. Jedzenie zostawiano mi pod drzwiami, materiały naukowe i testy dostawałem online, wykłady transmitowano do pokoi chorych uczniów. Bo nie tylko mnie rozłożyło. Sezon na grypę zbierał swoje żniwa. Chyba czterech Intelektualistów, dwunastu Silnych, sześciu Artystów, pięciu muzyków i siedmiu Charyzmatyków miało gorączkę, pluło płucami i wysmarkiwało resztki zblazowanych mózgów. Swoją drogą, czemu pamiętam takie pierdoły? Chyba dlatego, że rzadko choruję, jak większość Produktów. Prócz Silnych, ci zwykle z zarazami radzą sobie marnie. To cena, którą płacą za mglistą nadzieję, że nie zejdą w ciągu pierwszych dwudziestu lat życia na niewydolność… właściwie wszystkiego, czego tylko można. Jedyną mglistą nadzieję, czyli możliwość przeszczepu.
Wizja przeszczepów organów między Produktami a normalnymi wydała się zwykłemu, szaremu obywatelowi czymś groźnym, amoralnym i bardzo niebezpiecznym. Tłum woli się bać i krzyczeć, niż uczyć i myśleć, więc odpowiedzią na serię absurdalnych tez, publicznych protestów i falę propagandowego chuligaństwa było obniżenie odporności części Silnych. Wszyscy, albo prawie wszyscy, mamy tę samą grupę krwi i choć międzynarodowe prawo i związani z nim przedstawiciele władzy nie wypowiada się jednoznacznie w tej kwestii, większość krajów, dla świętego spokoju, zabrania tzw. "transfuzji międzyrodzajowych". Żaden problem, dzielni laboranci poradzili sobie z postawionym przez społeczeństwo zadaniem-rachu ciachu bam i bim macie jedną grupę krwi! Wy małe, kosztowne śmieci.
Gorzej miała się sprawa z przeszczepami innych tkanek. Tu trudniej o zgodność. Na którejś z licznych konferencji naukowych padł nieco cyniczny pomysł radzenia sobie z odrzucaniem organów dawcy: osłabmy układ odpornościowy potencjalnych biorców tak, by nie odrzucali przeszczepów. Ale i nie umierali, tego nie chcemy. Nikt nie lubi, gdy jego inwestycja albo gnije z niewydolności nerek, albo topi się przy byle przeziębieniu, prawda? Prawda. Trzeba więc jakoś temu zaradzić.
I na to znaleźli sposób. Tabletki z przeciwciałami, coś jak codziennie przyjmowana surowica. Nienabywalna odporność z zewnątrz. Szybko zwiewająca po ukończonej robocie ekipa ratunkowa.
Do wdrożenia projektu w życie przygotowywano się dosyć długo. Rozpisawszy dokładny plan produkcji, podzielili Silnych na dwie części, w stosunku jeden do czterech. Te dwadzieścia pięć procent wybrańców, bunkrów antychorobowych skazanych na przerosty lewych komór, miało uformować najróżniejsze oddziały wojskowe stacjonujące w klimacie okołorównikowym. Tam, gdzie każda upierdliwa, gryząca mucha przynosi śmierć w męczarniach. Resztę czekały wojny na Bliskim Wschodzie, działania na terenie Chin i Rosji, a tych najszczęśliwszych-powolne niszczenie mózgu przez kolejne ciosy zadawane na ringu czy boisku. Bo to oczywiste, że Siłaczy szybko zwerbowano do zabawiania spragnionego krwi tłumu. Chleba i igrzysk, burgera i walk w kisielu. Nic się nie zmienia.
-Jednak jesteś bardzo dziwny, Ace. Myślałam, że zabawisz damę, a tu co?
-Wy… wybacz. Odpłynąłem.
-No właśnie widzę. Często ci się to zdarza, nie?
Oderwałem wzrok od licznika i odwróciłem się twarzą do Koe. Nerwowy uśmiech i smutne oczy. Nigdy nie widziałem takiego wyrazu twarzy. Moja inteligencja emocjonalna jest na, powiedzmy, bardzo przeciętnym poziomie, więc skoro to zauważyłem, nie, zauważam za każdym razem, muszą przez nią przebijać naprawdę silne emocje. Zacząłem się zastanawiać co decyduje o "nastroju" czyichś oczu. Kąt, napięcie otaczających mięśni, szerokość źrenic, nawilżenie rogówki? Zazwyczaj zadowalała mnie ta myśl i pragnąłem ją jedynie rozwinąć. Ale czasami, czasami chciałem wierzyć, że to nie tak. Jest coś jeszcze. Równie prawdziwego, ale mniej empirycznego.
-Ha? Yyy… tak. Patrz: przykład powyżej. Ale czym ja bym miał zabawiać damę?
-Wtedy- odparła, spoglądając w ten specyficzny, lekko matczyny sposób. Jak Haigo- Wtedy nic o sobie nie powiedziałeś. Tam, na początku. A szkoda. Jeżeli to nie problem...
-Jasne. Rozumiem.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem recytować. Podstawowe informacje. Wyuczony biały wierszyk o zainteresowaniach, Centrach i Ośrodkach, wypadku Tomasa i Haigo. Koe słuchała z uwagą i takim lekkim niedowierzaniem, jak słucha się dziecka tłumaczącego skąd ten smród papierosów.
-Przykro mi z powodu twoich rodziców.
-Nieważne. Było, minęło. I tak bym już ich pewnie nie zobaczył.
Nagle przestała szyć,  odłożyła przybory na szafkę i wstała, w tym geście brzmiało poirytowane"przepraszam, potrzebuję przerwy."
-Też bym chciała. Też bym chciała umieć tak myśleć. Jesteś... Nie, nic. Nie mam prawa cię oceniać, nie?
Podeszła w stronę drzwi i zawróciła. Przeciągała się idąc i strasznie chrupała kośćmi, aż mnie dreszcz przeszedł. Nienawidzę tego dźwięku od małego, a słyszałem go, niestety, często. Haigo lubiła sobie pochrupać szyją.
-Wiesz, co mnie smuci?-rzuciła nagle Koe nieco pogodniejszym tonem-Że przez to durne porwanie i jeszcze durniejszą gierkę nie dokończyłam jednej świetnej książki.
-Książki? Jakiej?
Gdy zaczęła opowiadać o jakimś stosunkowo, podkreślam, stosunkowo ambitnym romansidle, mogłem więc tylko potakiwać i jej słuchać. Płynnie przechodziła na inne dzieła tego samego autora i jej "wysłuchiwany" ze skupieniem monolog trwał. Uff, co za ulga!
Po dwóch godzinach wychodzę. 
-Do...dobranoc. Bardzo dziękuję za pomoc.
-Nie ma za co. Ustalaliśmy jakieś grupowe spotkanie?
-Nie. Chyba...
-A. W takim razie, do zobaczenia!
Wychodzę. Chyba chciała mnie po przyjacielsku objąć lub choćby podać rękę, ale ups, uciekłem, pocąg odjechał, statek odpłynął, odpłynął ku upragnionej samotności. Na korytarzu pachnie spokojniej. Wszystko rusza. Rusza z miejsca, zaciskam palce na koszulce, nareszcie mój rozmiar. Czas spać.
-Ace.
Przeszedł mnie dreszcz. Powietrze znów jest ciężkie od strachu.
-Chodź, Ace-Misa dotknęła mojego barka-jeśli nie jesteś zbyt zmęczony, chciałabym z tobą porozmawiać.
-Jasne-odparłem.
Chyba w tym miejscu nigdy się nie śpi.