środa, 18 listopada 2015

Zdrajcy giną marnie

Chyba tak. Nie wiem, co to jeszcze może być.
Mam dosyć cienką skórę, przez którą prześwituje zarys małego kwadracika i ledwie widoczne światełko. Dioda?
Ciekawe, czy gdybym to usunął…
Stop. Pomyśl chwilę, idioto. Ktoś, kto odpowiada za tę chorą grę, idealnie wszystko rozplanował. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oczywiście, w tym systemie muszą być luki, ale raczej nie tak oczywiste.
Prawda?
Spojrzałem na ścianę z ekranem i licznikiem.


Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 8h 32min 15s
Przeżyty czas: 8h 32min 15s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0

No, trochę już tu siedzę.
Skup się. Albo nie, nie. Zawsze gdy przytłaczają mnie myśli i niepokój, automatycznie mówię sobie "skup się". A potem się poprawiam. Nie skupiaj się. Zrelaksuj się. Nic nie przychodzi mi tak łatwo, a jednocześnie nie morduje mnie tak jak myślenie. Koniec, stop. Error 404. Abort mission, nie skupiaj się. Za nic nie myśl, wyłącz się.
Chciałbym tak.
Ok, powinienem powymyślać zadania dla Olivera. Jak najbardziej różnorodne, żeby go przygotować. To sprawa czysto techniczna, sprawa znajomości schematów. Pozostanie takim idiotą, jakim był, tylko nieco bardziej doświadczonym.
-Pierdolę-mruknąłem. Nie mam na to siły i ochoty. Później się tym zajmę. Może.
Kiedy doszło do tego wypadku, kiedy temu debilowi urwało rękę, TO wróciło. Na szczęście udało mi się TO wyprzeć. Cholera, cholera, cholera. To wspomnienie dokładne jak film.
Chciałbym sobie amputować umysł.

* *

Wyparcie lub represja (od łac. reprimere, odpierać, odpychać, tłumić) to jeden z mechanizmów obronnych znanych w psychologii. Polega na usunięciu ze świadomości myśli, uczuć, wspomnień, impulsów, fantazji, pragnień itp., które przywołują bolesne skojarzenia lub w inny sposób zagrażają spójności osobowości danej jednostki.
Wydawało mi się, że to wyparłem. Najwyraźniej niezbyt skutecznie.
Czasami miewałem koszmary. Czasami ktoś wspomniał o przybranych rodzicach i obrazy napływały jedną, krótką falą. Nie do końca udane, choć mimo wszystko skuteczne wyparcie-TO nie opuściło mojej świadomości, ale rzadko mnie dręczyło. Nie wiem, jak to ująć.
Bolesna świadomość prawdy.
Moi opiekunowie, Haigo i Tomas, wcale nie zginęli w wypadku po drodze do szpitala. 
Nie wiem czemu, zawsze uważałem się za sierotę. Technicznie to niemożliwe-nigdy nie miałem rodziców, więc jak mógłbym ich stracić? Częściowo pozbawiona genomu komórka jajowa jakiejś pani-gotowej-na-wszystko-dla-nauki i syntetyczny plemnik. Tyle. Owszem, miałem Haigo i Tomasa, opiekowali się mną przez lata, dawali mi niemal wszystko, czego potrzebowałem, z miłością na czele. Ale nie potrafiłem wykrztusić słów "mamo" czy "tato". Jednak nastał taki dzień, w którym zrozumiałem, co naprawdę oznacza osierocenie.
Dwunasty marca. Wysiadłem wraz z Odprowadzaczem z autobusu, którym wożono produkty do i z Ośrodków (taka idealnie chroniona wersja szkolnych gimbusów. Nie będę się nad tym rozwodził, dodam tylko, że szanse niewrócenia do domu wynosiły zaledwie 4,5%, m.in. dzięki wykwalifikowanym ochroniarzom oddającym nas bezpośrednio w ręce przybranych rodziców.) Coś mi nie pasowało. Dziwne przeczucie. Czasem się nad tym zastanawiam, co mi nie pasowało. Zapach, gęstość powietrza, cisza? To bez znaczenia.
Drzwi domu były otwarte. W sensie, nie zamknięte na klucz. Ze środka nie dobiegał żaden dźwięk.
-Coś się stało-powiedziałem. Przytaknął. Miał jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu i budowę porządnej szafy. Często mnie odprowadzał. Jak się nazywał? Jason? Chyba tak. Pochodził z wielodzietnej nigeryjskiej rodziny, skończył studia, służył w wojsku. Porządny facet, nie?
Weszliśmy jak najciszej się dało i skierowaliśmy się w stronę salonu. Chciał mnie wypchnąć, ale byłem już w środku.
Na dywanie leżała Haigo w wielkiej kałuży krwi. Sprawca chyba coś w niej umoczył i napisał na ścianie:
Z D R A J C Y   G I N Ą   M A R N I E
To chyba dużo ran zadanych ostrym narzędziem, plus jedna wielka rana tułowia. Jakiś starszy kolega z ośrodka mnie tego nauczył-rozpoznawania…Nieważne. Przyjrzałem się dokładniej. Obok rozprutego brzucha Haigo leżało. Leżał, leżało. Ewentualnie leżała, ale raczej nie.
-Ace! 
Leżał mój przyszły przybrany braciszek.
-Ace!
Kręci mi się w głowie, ale to jeszcze nie kolory. Na kolory muszę poczekać. Nie wolno mi jej dotykać. To miejsce zbrodni, miejsce kredy i taśmy z napisem "ZAKAZ WSTĘPU". Miejsce zdjęć i policyjnych mundurów.
-Ace! Stój!
Nie wiem, jak to zrobiłem, ale Jason nie zdążył mnie zatrzymać. I nie zaczął mnie gonić gdy pobiegłem po schodach. Po drodze dwa razy się wywaliłem. Drżącą ręką otworzyłem gabinet Tomasa. Wiedziałem, że tam go znajdę.
Nie pomyliłem się.
Leżał. Na drewnianej podłodze, pomiędzy biurkiem a drzwiami, z raną postrzałową na środku czoła i otwartymi, zastygłymi w zaskoczeniu oczami.
-Wynocha, wynocha! Wynocha, obrzydliwe robale!-darłem się, odpędzając od niego muchy. To musiało się stać jakiś czas temu, skoro już...
Sprawca wlazł przez okno. Dezaktywował system bezpieczeństwa. Nie znałem się na tym, ale musiał mieć jakiegoś wspólnika lub wybrać odpowiednią porę, kiedy nikogo nie ma w pobliskich domach, bo niezależnie od tego, jak dobrym informatykiem…
Wtedy uderzyła mnie ta myśl. Wszyscy nasi sąsiedzi pracują w bardzo różnych godzinach, a pani Goldberg jest gospodynią domową. Domy wokół nie mogły stać puste. A to może, choć nie musi oznaczać zmowę.
Zmowa.
Terrorystyczny atak, wynikający z nienawiści do produktów i osób, które zgodziły się przejąć nad nimi opiekę. To się często zdarza. Na przykład teraz. I możliwe, bardzo możliwe, nie jestem detektywem, a nawet gdybym był, to mógłbym się mylić, możliwe, że nasi sąsiedzi na to zezwolili. Niema zgoda. Niema zgoda tych wszystkich fałszywych ludzi, którzy się z nami witali, rozmawiali, zapraszali na chrzciny dzieci, dawali mi słodycze na Święta.
Najwyraźniej zdrajcy nie giną marnie, tylko starzeją się spokojnie i komfortowo.
Kłamcy.
-Kłamcy, kłamcy, oszuści, sztuczni, sztuczni ludzie!
Mój wrzask najwyraźniej zwabił tu Jasona. Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem kogoś, kto za chwile pęknie. Tornado w szklance.
Upadłem na kolana i schyliłem głowę. To dzień mojej śmierci i moich narodzin. Wymiana względnie niewinnej wersji beta na to, co widzę teraz w lustrze.
-Wiesz co, Jason?-zacząłem bezbarwnym głosem-zawsze myślałem, że jestem sztucznym człowiekiem. A teraz wydaje mi się, że to nie ma znaczenia, skąd się wziąłeś na świecie i czy jesteś tylko eksperymentem, jak ja, czy też normalnym człowiekiem jak ty. Sztuczność to cecha nabyta.
Teraz uważam tamte słowa za trochę żałosne. I gówno mnie to obchodzi, przecież mimo ponadprzeciętnego intelektu i wiedzy, mimo postawionych przede mną przez cały świat oczekiwań, byłem po prostu jedenastoletnim chłopcem, który właśnie stracił dwie najbliższe, najcenniejsze, najukochańsze osoby. A może nawet trzy.
Odprowadzacz stał i patrzył na mnie w milczeniu. Po kilku sekundach podszedł do mnie z bladym uśmiechem, delikatnie objął ramieniem i wyprowadził z gabinetu.
- Zadzwoniłem po B-policję. Powiedzieli, że za chwilę przyjadą, a ja mam zabrać cię do domu. Ok?
Kiwnąłem głową. Chciałem coś powiedzieć, ale ścisnęło mi przełyk. Woda w płucach i dym w głowie. Nie mogłem iść. Musiał mnie nieść.
Nie wiem, kiedy ich pogrzebano, bo przez kilka dni spałem i straciłem rachubę czasu. Nikogo o nic nie pytałem, nikt mi nic nie mówił. Mieli dużo pieniędzy, a babcia Tomasa, ledwo dysząca staruszka, kazała im sprawić piękną ceremonię pożegnalną. Nie miała sił, by się mną opiekować, ale spędziłem u niej jakieś dwie doby. Karmiła mnie, próbowała rozmawiać i kupiła mi elegancki garnitur. Kiedy go zobaczyłem to pomyślałem, że właśnie w czymś takim chciałbym zostać pochowany.
Były tłumy, dobrej jakości trumny, świetnie urządzona stypa. Podchodzili do mnie różni dorośli, identyczni, bez twarzy.
-Biedne dziecko-mówili, a w zarobaczałej głębi się uśmiechali albo, w najlepszym wypadku, mieli mnie gdzieś. Wiem to.
Jak na filmach, padał wtedy szary, zimny deszcz.

* *

"Ktoś mnie uratował" pomyślałem, usłyszawszy pukanie do drzwi
-Proszę!
Do pokoju wszedł Marco z małą latareczką. 
-W sumie trochę z opóźnieniem-zaczął-ale postanowiłem ci to dać. Zawsze mam jakąś dodatkową w kieszeniach kurtki lub bojówek.
Rzucił na moje łóżko zawiązaną na gumkę, zwiniętą w mikro rulon koszulkę.
-He? A, racja. Pożegnałem się ze swoją koszulą chwilę po tym, jak Oliver pożegnał się z ręką.
-Zapomniałeś, że latasz półnagi?
-Właściwie to raczej ćwierćnagi. Dzięki! Czyżbyś się bał, że zmarznę?
-Nie. po prostu mam dość twojego cherlawego torsu.
-No ja wiem, że cię rozprasza, nie możesz oderwać wzroku.
-Jesteś zabawny jak zwykle, Dokusei. A może nawet bardziej.
-Skąd wiesz, jak zabawny jestem zazwyczaj?-buknąłem-Znamy się od kilku godzin.
-Nie szkodzi.
-Dzięki za namiot, Marco. 
-No może i jest z trzy razy za duża, ale powinieneś być mi wdzięczny.
-Przecież jestem.
-Skurwiel.
I wyszedł. Już za drzwiami dodał:
-Koe chyba ma igłę i nitkę, może ci to zmniejszyć. Nie śpi, jakby co. 
-Skąd to wiesz?
Nie odpowiedział. Nie, żebym go o coś posądzał, ale…
Chwilę później pukałem do Koe.
-Cześć. Mo…mogłabyś mi to zmniejszyć?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Trzeba się wytłumaczyć.
-Mar…Mar…Marco powiedział, że masz przybo…bory do szycia i nie śpisz, to pomyślałem, że…
  Nawet sobie nie wyobrażasz, jak chciałem się wtedy pierdolnąć w czoło.
Niby tam kiedyś chodziłem do logopedy. Nie tylko przez jąkanie, ono nadeszło później. Skutek traumy. Ale od najwcześniejszych lat brzmiałem jak rodowity Anglik z ustami pełnym kaszy niezależnie od języka, jakim się posługiwałem. Teoretycznie się poprawiłem, ale Koe pewnie miałaby inne zdanie na ten temat. Niektórzy ludzie przeszywają cię wzrokiem. A niektórzy patrzą tak, że przez wszystkie nerwy zaczyna ci przepływać zimny prąd. Sto tysięcy wolt w każdym nerwie mojego ciała, ja wiem gdzie mam nerwy, poczułem je wszystkie na raz w ciągu ułamka sekundy. No i Koe to taki człowiek. Sparaliżowała mnie.
-…że…słuchaj, czy mogłabyś mi to zmniejszyć?
Podano surowicę, neuropatogeny zneutralizowane, porażenie ustąpiło. Odzyskałem mowę, przynajmniej częściowo. Chyba zaczynam rozregulowywać się psychicznie. Nie za wcześnie na to?
-Co to za szmatsko?
-Co to za brak szacunku wobec koszulki Marco?
-Ok, rozumiem-zachichotała-siadaj. Masz coś do cięcia? Jakieś nożyczki, cokolwiek ostrego?
-Nie.
Dobrze schowałem mój nożyk. Czuję, że jeszcze mi wielokrotnie uratuje życie. Jeżeli Marco okaże się godny zaufania i chętny do współpracy, mogę go poprosić o kilka lekcji walki na noże i…
-No to chwilę to potrwa, trzeba rozpruć wszystko igłą. 
-Okay.
-Siadaj-rzuciła, pokazując palcem na swoje łóżko. Jak dla mnie niezręczna sytuacja. Nie, żebym coś sugerował, ale.
-O…Okay.



sobota, 25 lipca 2015

Rosyjska ruletka

Cienka kartka z kredowego papieru, gdzie nie gdzie zamoczona łzami Misy.
Przełknąłem ślinę, wyłączyłem wszystkie emocje i zacząłem czytać.
Teraz trzeba się skupić.

Prawa Rządzące Grą

1. Za żaden czyn popełniony podczas gry graczom nie grożą konsekwencje prawne.
2. Gracz nie może zrezygnować z gry, a jedynym sposobem na jej zakończenie jest wyłonienie trójki zwycięzców
3. Gracz, który podczas rozgrywek drużynowych będzie działać na szkodę drużyny, zostanie ukarany. Kara zależy od powagi przewinienia.
4. Poza rozgrywkami drużynowymi powyższe prawo nie obowiązuje, a gracz gra w trybie indywidualnym

Zasady Gry

Od poniedziałku do piątku (w szafkach graczy znajdują się kalendarze elektroniczne) odbywają się rozgrywki-każdego dnia po trzy konkurencje z pięciu dostępnych (artystyczna, muzyczna, fizyczna, a także zadania intelektualne lub związane z inteligencją emocjonalną). Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najwyższy wynik, zostanie nagrodzony.

Niesamowite, taka sprawiedliwość i wspaniałomyślność.

Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najniższy wynik, zostanie wyeliminowany. Może też podjąć się Losowego Wyzwania w sobotę. Losowe Wyzwanie może być dowolną konkurencją, ale na poziomie wyższym niż konkurencje trwające w ciągu tygodnia. Wynik Losowego Wyzwania przesądzi o życiu lub śmierci gracza. Jeżeli kilku graczy osiągnie ten sam, najniższy wynik, to podejmują się Losowego Wyzwania. Gracz, który uzyskał najniższy wynik w Losowym Wyzwaniu, zostanie wyeliminowany. Jeżeli do 24.00 w sobotę nie uda się rozstrzygnąć gry, ginie dowolna liczba graczy o najniższym wyniku w Losowym Wyzwaniu.

-Czy to jest…-wyszeptała przerażona Koe
-Tak-odparłem-Tak. To gra, w której karą jest śmierć, a najwyższą nagrodą życie. Taka skomplikowana rosyjska ruletka.
-Czytaj dalej!-burknął Marco. Po szkoleniu wojskowym umiał trzymać nerwy na wodzy, ale teraz zupełnie się rozpadał.
W końcu jesteśmy tylko dziećmi, prawda?
-Dobra, czytam.

(tu: grupa C) Po trzech tygodniach pozostali przy życiu gracze zostaną przeniesieni do innej grupy, gdzie rozgrywka się powtórzy. Podczas gry w trybie indywidualnym gracz może podejmować działania uważane za amoralne i niezgodne z prawem. Jeżeli w wyniku takich działań przed upływem trzech tygodni przy życiu zostaną tylko dwaj gracze, zostaną oni przeniesieni do innej grupy tak, jak stałoby to się po upływie trzech tygodni. 

Oliver zerwał się z łóżka, krzycząc z bólu, i skoczył w stronę drzwi.


Ucieczka z miejsca gry jest niemożliwa, jednak gdyby wbrew wszystkiemu miało do tego dojść, dezerter zostanie natychmiast uśmiercony. Szanse zakończonej sukcesem ucieczki są równe absolutnemu zeru.

Marco przytrzymał Olivera w drzwiach i siłą zaciągnął go z powrotem.

Gdy przy życiu (ze wszystkich grup) pozostaną trzej gracze, gra zostanie zakończona, a zwycięzcy trafią do wybranego przez siebie miejsca po uprzednim usunięciu wspomnień związanych z grą. Niestety nie zostaną usunięte żadne inne wspomnienia, nawet na usilne prośby zwycięzców, by możliwie zmniejszyć  ingerencję w psychikę i budowę mózgu graczy.

Niemal każdy aspekt gry został omówiony. To dobrze, lubię precyzyjne instrukcje, dzięki nim nawet masowe morderstwa stają się łatwe, jak składanie mebli z Ikei. Nie myślcie sobie, że jestem stuprocentowo racjonalną maszyną, gotową zabijać, by przeżyć. Ja wybuchnę, ale to potem. Nie wytrzymam, załamię się i zwariuję.
A wtedy już nic mnie nie powstrzyma. Wiem to z doświadczenia. Doświadczenia, które bardzo, ale to bardzo chciałbym usunąć. Ciekawe, czy zgodziliby się, gdybym zabił wszystkich…Zaraz, stop, nikogo nie zamierzam zabijać, chcę ograniczyć tę czynność do minimum.
Mam wystarczająco dużo krwi na rękach.
-Czy to wszystko?-zapytała Koe. Miała roztrzęsiony głos, ale twarz obojętną. Pewnie nie mogła zaakceptować tego, co właśnie usłyszała. To nie może być prawda, myśli. Znam to uczucie, kiedy wszystko staje się jak…gra. Odległe i nieprawdziwe. Gra wideo to najlepsze porównanie. Rozumiecie, o czym mówię, prawda?
-Rozejdźmy się, co?-Misa przerwała niezręczną (tym razem nie zrobiłem tego specjalnie, przyrzekam!) ciszę-To jest…ech…cóż...musimy to przetrawić, nie?
Charyzmatycy to jednak bardzo przydatni ludzie. W milczeniu opuściliśmy pokój Olivera.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował-powiedziałem wychodząc-zapukaj w ścianę przy łóżku. Mieszka tam Misa. Przyprowadzi mnie, żebym ci pomógł. Dobra?
-Ace…-zwrócił się do mnie po imieniu, kroi się coś poważnego -Możesz tu proszę na chwilkę zostać? Chciałbym z tobą porozmawiać…
Usiadłem na krawędzi jego łóżka.
-No? O co chodzi?
-Nie umiem rozwiązywać zadań intelektualnych-zaczął, drapiąc się po głowie.
-Racja, to widać. Z myśleniem bywa u ciebie różnie.
-A nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez własną głupotę zadania fizyczne…rozumiesz-westchnął, wymownie spoglądając na kikut ręki.
-Pierwsza gra już pojutrze. Przecież nie zdążę cię nauczyć logicznego myślenia…Masz spore zdolności manualne, to dobrze wpływa na mózg. ale jeżeli nigdy nie robiłeś żadnych zadań czy coś…
-Przygotuj mi! Przygotuj, przygotuj! Przecież umiesz, prawda?!-zawołał, trochę głośniej, niż należało. Za ścianą mieszkała Misa. Wolałem, by wiedziała jak najmniej. Język to w końcu najskuteczniejsza broń człowieka, a ona posługiwała się nim jak nikt inny.
-Zadania?
-Tak! Będę rozwiązywał cały dzień! W zamian…w zamian dam ci lekcje rysunku. Ok? Ok?
Wyglądał jak dzieciak, przyłapany na wykradaniu ciasteczek z puszki. "Podzielę się z tobą, ale nie mów mamie!" Przestraszony i pełen naiwnej nadziei. W sumie…przydadzą mi się jego lekcje. Nie rysowałem od czasów pobytu w pierwszym Centrum. Kopę lat.
-Dobra. O której mam przyjść?
-Jak wstaniesz to przyjdź i mnie obudź.
-W porządku.
Chyba nie będę dziś spał.
-Muszę zerknąć jeszcze raz na twoją rękę. Byłą rękę.
-Nie znudzi ci się, co? Cholerny skurczybyk…
-Dobra, dawaj tego kikuta. Gdzie położyłeś maść?
-W szufladce-odparł, wskazując głową na stolik nocny.
-Dziwię się, że nie masz gorączki i…no, tego…ogółem sobie radzisz.
-Mam bardzo wysoki próg bólu-odparł z uśmiechem-Jak większość artystów, ale ty to pewnie wiesz.
Wiem. Żeby nie chcieli robić sobie krzywdy. Bez sensu, szanse poważnego uszczerbku na zdrowiu…No, z sensem czy bez, grunt, że w miarę skuteczne. Brak logiki nie zawsze równa się nieskuteczności. Zwłaszcza w naszej rzeczywistości…
Krew zakrzepła i przestała ciec. Zapomniałem powiedzieć, że rany Produktów goją się szybciej, niż u innych ludzi. Z reguły. W przypadku Olivera tak było. Kazałem mu zagryźć kołdrę, żeby się nie darł i posmarowałem go maścią. Podarliśmy jego czyste prześcieradło i założyłem u nowy opatrunek. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić.
No nieźle-westchnąłem, leżąc już w moim nowym łóżku.
Dziwię się, że nikt nie zaprotestował. Niema zgoda na udział w krwawej gierce. Nikt nie powiedział ani słowa. Nikt nie próbował znaleźć innej drogi. Może tak nas wychowano. Może to dla nas naturalne-nasze życia znaczą tyle, ile istnienie zaawansowanych programów komputerowych.
Drogie, ale bezwartościowe. Rozumiecie.
Kiedy chciałem podrapać się po kostce, zauważyłem  t o.
Jak mały kawałeczek metalu.
Chip?






czwartek, 23 lipca 2015

Wstęp do zasad

Nikt nigdy nie był mi tak wdzięczny, jak oni teraz. Po prostu pootwierałem im pokoje. Cała podejrzliwość wyparowała z nich w momencie, gdy ujrzeli czystą pościel. W sumie-nie ma co się dziwić, po wypadku z bombą w zamku opuściły nas resztki sił. I coś jeszcze.
Czułem, że ten wypadek, ta pierwsza strata, taki krwawy chrzest, wepchnęły nas na drogę, z której nie ma odwrotu. Mam słabą intuicję, ale to wiedziałem. Chyba właśnie wiedziałem, a nie czułem.
-Doookuuuseeeeiiii!-zajęczał Oliver, leżąc już na swoim łóżku-Daj mi, proszę...jeszcze jednego procha…
Wbiegłem, potykając się o próg, i usiadłem na podłodze, koło jego szafki.
-Nie mogę. Dopiero za dwie godziny…Jak tam? Krwawisz jeszcze? Uciska cię opatrunek?
Oby uciskał. Jakimś cudem nie rozerwało mu tętnicy na strzępy, ale wiadomo, i tak krwawiła spektakularnie.
A ja zdążyłem już porządnie zmarznąć. 
-Tja. Ale chyba jakoś mniej.
-Rze…rzeczywiście. 
Spojrzał w sufit i westchnął głęboko.
-Powiedz mi szczerze, Dokusei…Czy ja umrę?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz pewnie przytoczę kilka ulubionych żartów. Śmierć bywa bardzo zabawnym tematem, jeżeli umiesz do tego odpowiednio podejść.
-Czy ja umrę, Dokusei?
-A, to z pewnością. Ale cię rozczaruję, bo raczej nie zrobisz tego teraz. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Rozśmieszyła mnie ulga wymalowana na jego twarzy.
-Kiedy mówiłem, żebyś mnie zabił-zaczął, znów wgapiając się w jasnoszary sufit.
-Taak? Pamię….pamiętam to, kontynuuj.
-Nie chciałem tego. Nie chciałem umierać.
-Cóż za niespodzianka, doprawdy. 
Odwrócił się znów w moją stronę i spojrzał mi w oczy z dziwną dla niego powagą.
-Obiecaj mi coś.
No nieźle. Szósta godzina gry, nie znam zasad, ale zawieram sojusze.
-Jeżeli nie będziesz musiał mnie zabijać…Nie rób tego. Choćbym płakał i błagał, nie rób tego. Jest ktoś, ze względu na kogo nie mogę sobie ot tak umrzeć. Jeśli nastąpi taka konieczność…Zrób to. Ale będę się bronić, ostrzegam.
Zamknął oczy, by się nie rozpłakać.
-Wiesz, Spence, co mnie zawsze bawiło?-postanowiłem mówić do niego po nazwisku, jak on do mnie.
Popatrzył na mnie z uwagą.
-Mówi się 'ja umieram, ty umierasz, on ona umiera'. Jakby to była czynność wykonywana przez mnie, ciebie, jego, ją. A przecież umierający nie jest tu wykonawcą czynności, prawda?
-Ale się wzruszyłem! Te, Srakrates! Ja tu wstrząśnienie mózgu mam! Posłuchaj...
Marco stał w drzwiach, trzymając się za obolałą głowę. Gdyby cokolwiek w niej miał, dawno by to uszkodził.
-Wstrząśnienie czego, Marco? Jest czym wstrząsać? Nieważne, zaczynało mi brakować tego wyrafinowanego poczucia humoru. Wciąż się zastanawiam, jakim cu…cudem twój zakuty łeb nie uszkodził ściany?
Nie myślcie, że każdy Intelektualista 'żartuje' jak ja. Albo że w ogóle żartuje. Po prostu wychowałem się w bardzo ironicznej, złośliwej rodzinie i starczyło mi bystrości, by tym nasiąknąć. Poczucie humoru to cecha nabywana przez całe życie, zależna od inteligencji i środowiska. Jestem więc skazany na kiepski sarkazm i nic na to nie poradzę.
Marco prychnął i podrapał się po szyi.
-Dasz mi procha?-zapytał.-Sam wiesz, że mocno przywaliłem.
-W sumie mogę ci dać, ale ca…cała tabletka to chyba za dużo. Przełamiesz na pół?
-W porządku-burknął-A, przy okazji, Misa coś znalazła. Chce nam o tym opowiedzieć.
-Hmmm…Po…poproś ją, żeby przyszła, bo my nie damy rady. Taka nie…niezręczna sytuacja!
-Zamknij się wreszcie, Dokusei!-warknął Oliver, szturchając mnie, żebym przestał się śmiać.
Beznadziejnie suche, nawet jak na mnie.
-Straszny z ciebie psychol, Dokusei-westchnął Marco, opierając się plecami o ścianę-Myślisz, że tego nie widać? Myślisz, że nie widać, że nie jesteś normalny? Że zabijałeś ludzi?
-Bo tobie tego zdecydowanie nie widać, Marco! Zwłaszcza numeru oddziału na nadgarstku. M419 to bynajmniej nie saperzy czy oddziały zwiadowcze…
Przycisnął mnie do ściany i zaczął dusić. Wisiałem jakieś piętnaście centymetrów nad ziemią i powoli ciemniało mi przed oczami.
-Jesteś bezczelnym śmieciem i…

                                                                           * * *

-…nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile osób modli się, żebyś zdechł jak najszybciej, albo, co lepsze, nigdy się nie narodził. A wróć, ty się nigdy nie narodziłeś, jesteś pieprzonym produktem z inkubatora-wysyczał Rzeźnik.
Tak Go nazywam. Tak Ich nazywam. Kopniak, z ust wylewa mi się kolejna porcja krwi. Moje wnętrzności zmieniły się w bezkształtną papkę, farsz do pierogów. Nie zabije mnie, nie może, moje życie jest warte o wiele więcej, niż ich wszystkich razem wziętych.
Albo, jak spojrzysz na to inaczej, nie jest warte absolutnie nic.
-Je…jeże…jeżeli mnie za…
-Co tam gadasz, gówniarzu?-Zapytał, pochylając się nade mną.
-Jeżeli mnie za…bijesz…-wycharczałem, siląc się na złośliwy półuśmiech-to zde…zdechniesz jak pies, zanim zdą…zdą…zdążysz się obej…rzeć. Jes...teś tylko kolejnym śred…średnio użytecznym osił…kiem, poganiaczem byd…ła, narzędziem prostszym od cepa, które moż…na zastąpić czymkolwiek. Myślisz, że ktoś się za…zawacha, zanim złamią ci krę…kręgosłup?-zakrztusiłem się krwią-Przecież szko…szkoda nabojów na ciebie, nie będą strzelać.
Zachowałem się jak idiota? Może. Nie, na pewno. Bo, widzicie, ja zawsze byłem strasznie dumny i lubiłem się odgryzać. Brak deseru, szlabany, dodatkowe zadania, pompki, areszt, ciosy, izolatka-nie zmieniało się nic oprócz konsekwencji, a to, co miało nauczyć mnie pokory, tylko podburzało narastający we mnie gniew.
Rzeźnik się roześmiał. Śmiał się długo i strasznie, prawie wypluł płuca, śmiech szaleńca. Zbyt dużo razy moim krótkim życiu słyszałem coś takiego.
-Masz rację, gówniarzu. Tutaj jestem niczym. Jestem niczym. Ale ty, mój drogi-ty jesteś nikim, a to o wiele- wiele gorsze, rozumiesz o czym mówię.
-Dzięku…ję za lekcje filozofii-o dziwo mówienie przestało sprawiać mi ból-ale prawda wyglą…wygląda tak, że jesteś ćpunem z rozbitą rodziną, psem na usługach gan…gu i terro…terrorystów. Błagam, myślisz, że tego nie wi…dać?
Na jego wychudzoną, bladą twarz narkomana wypełzł smutny uśmiech.
-Jeżeli cię odbiją i przeżyjesz-powiedział, patrząc w przestrzeń-To będziesz bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, młody. I sprawisz wiele nieszczęścia innym, a zwłaszcza tym, na których ci zależy.

                                                                           * * *
                                                             
-Marco, puść go natychmiast, on traci przytomność!-usłyszałem, jakby z bardzo daleka, głos Misy.
-Głuchy jesteś?! Puść go!-to Koe. Tak, to z pewnością ona.
Po chwili leżałem  na podłodze, charcząc i odzyskując ostrość widzenia. Nie było Rzeźników, zaciemnionej sali, tylko pokój, meble, i czworo nastolatków.
-Znalazłaś coś, Misa-powiedziałem nienaturalnym głosem, w końcu ten pacan mnie prawie udusił, ciężko mówić normalnie-Opowiedz nam proszę, jeśli możesz.
"Zwyciężyłem"-pomyślałem, patrząc na Marco. On to widział, a ja wiedziałem, że dla własnego bezpieczeństwa nie mogę stać zbyt blisko niego.
-Tak-szepnęła Misa drżącym głosem-To chyba zasady gry i myślę, że nie powinniśmy brać w niej udziału.
-Chcesz, żebym to przeczytał n głos?-zapytałem, wyjmując kartkę z jej drżącej ręki.
Pokiwała głową, wycierając rękawem łzy.


wtorek, 16 czerwca 2015

Rozpoczęcie gry

Co za idiota. Zrobił mi to na złość.
Kiedy zorientowałem się w sytuacji, leżeliśmy wszyscy na podłodze oblani krwią Olivera. Jego krew, podzielona między wszystkich. Nikt inny nie był ranny. Chyba. Padliśmy sami z siebie, nie odrzuciło nas siłą wybuchu, nic z tych rzeczy. Chyba. Padliśmy jak pierwszaki na próbnej ewakuacji, szybko i jednocześnie. Co roku organizowano taką w Centrum, jednym i drugim. Kupa zabawy, naprawdę. Mieliśmy w towarzystwie grupę wiecznie znudzonych piromanów, którzy lubili dostarczać nam wrażeń w postaci oficjalnych, prawdziwych ewakuacji. W Centrach psoci się na wielką skalę, ja na przykład byłem mistrzem fałszowania dolegliwości. Każdy prosił mnie o pomoc w upozorowaniu lub nawet doprowadzenie do zatrucia pokarmowego, krwotoku, pozornej gorączki czy kaszlu gruźlika. Możliwe szybko i bezboleśnie. Te dwa kryteria mówią o profesjonalizmie symulanta.
(Bardzo często odrywam się od rzeczywistości, ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie, nie teraz.)
Ocknąłem się jako pierwszy, spychając z siebie kogoś i siadając na ufajdanej podłodze. Chciałem zapytać, czy nikt prócz Olivera nie jest ranny, ale przeszkodził mi krzyk Misy.
Leżała koło niej zmasakrowana, lecz jeszcze rozpoznawalna ręka.
Rozejrzałem się szybko wokół. Marco stał wtedy dosyć blisko drzwi, walnął w coś głową, stracił przytomność. Bezpieczna pozycja, sprawdzenie pulsu. Check.
Koe wymiotowała w kącie.
Wiedziałem, że z tym zamkiem coś nie tak. Coś tam wystawało. To był niezbyt duży, ale dosyć skomplikowany, przynajmniej jak dla mnie, ładunek wybuchowy. Chyba wstawiliśmy do drzwi nie ten klucz. To swojego rodzaju system bezpieczeństwa, bo nie wydaje mi się, aby tych drzwi nie dało się wcale otworzyć. To musiał być system bezpieczeństwa. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć.
Oliver leżał na plecach w wielkiej kałuży krwi, jęczał i zalewał się łzami. Jakimś cudem wciąż przytomny. Z jego prawego barka zwisał krwawiący kikut, urwało mu rękę mniej więcej na wysokości łokcia. Koe wciąż wymiotowała, głośno i zapewne obficie. Nigdy nie brzydziło mnie ani nic, co wychodzi z ludzkiego ciała, ani ono samo. Bez słowa ściągnąłem koszulę i obwiązałem nią to, co zostało z ramienia Artysty, próbując zatamować krwotok. Nie współczułem mu ani trochę. Wiem, że zrobił to specjalnie. Idiota. Miał wystarczająco dużo czasu, by zareagować. Cholerny półmózg, sam jest sobie winien. Jak większość artystów zapewne nie ma dominującej ręki, więc jakoś da radę. Przynajmniej powinien.
Wyciągnąłem z kieszeni nóż i rozprułem kołnierzyk koszuli, którą opatrzyłem tego osła. Mam tam trzy niesamowicie mocne tabletki przeciwbólowe i maść antyseptyczną. Doświadczenie mnie nauczyło, że warto nosić coś takiego przy sobie. 
-Połknij to, Oliver.
Skrzywił twarz w grymas, który miał chyba przypominać uśmiech.
-Chce...cesz mnie dobić?-zapytał.-Dzięki, wiedziałem, że z ciebie równy gość.
-Zamierzałem ci dać prze...przeciwbólowe, ale jak wolisz. Służę pomocą.
-Tak? To mnie zabij.
-Nie daj się sprowokować, Ace!-krzyknęła Misa-Błagam, podaj mu ten lek!
Spojrzałem na nią. Trzęsła się, przerażona i obrzydzona. To dobrze. Dzięki temu najprawdopodobniej nie zauważyła, że mam nóż. Gdyby Marco nie stracił przytomności, w życiu bym go nie wyciągnął. Mocowałbym się z koszulą, co dałoby raczej mierny efekt. Zaszyłem to zbyt mocno. Nie mogłem pozwolić, by się dowiedzieli o mojej broni. To równałoby się samobójstwu, rzucaniu niedopałkiem w szopie, otwieraniu drzwi przez Olivera.
W końcu dał sobie wepchnąć pigułkę do ust i ją połknął, gdy groziłem mu, że uduszę Misę. Na szczęście zgodziła się ze mną odegrać tę scenkę, rozumiejąc mnie bez słów.
Współpracę z Intelektualistami ma w genach.
-Jak się czujesz, Koe?-zawołałem, odwracając się w jej stronę.
-Lepiej. Poszukam tych kluczy. Chociaż nie wiem, czy powinniśmy otwierać te drzwi...
-Ja się tym zajmę. Em...Mam na ich temat pewną teorię. Zamki wybuchają, jeżeli włoży się w nie nieodpowiedni klucz.
-Czemu tak twierdzisz?-spytała, spoglądając na mnie fiołkowymi, wiecznie smutnymi oczami. To zabawne; smutek był w nich permanentny, po prostu czasami dołączały do niego inne emocje. Tym razem ciekawość.
W swoim krótkim życiu nie poznałem wielu Muzyków, może czterech. Wszyscy okazali się w miarę inteligentnymi ludźmi, z którymi dobrze się rozmawia. Muzyka sporo wymaga od mózgu.
-Dam sobie rękę uciąć, że tak jest-powiedziałem, uśmiechając się do Olivera-Nie potrafię tego wyjaśnić, a...ale chyba podświadomie, no, wyciągnąłem jakieś wnioski. 
Jeżeli chcesz żyć skutecznie, zawrzyj pakt z nieświadomością.
Nagle Oliver podniósł lekko głowę.
-Przezabawny z ciebie facet, Dokusei!-rzucił w moją stronę-Dałbym sobie rękę uciąć za takie poczucie humoru.
-Na twoim miej...miejscu nie nabijałbym się z człowieka, który zatamował ci krwotok własną koszulą. Nawet nie wiesz jak mi zimno.
Postanowiłem w końcu sprawdzić, co z Marco. Zaczynał powoli dochodzić do siebie.
-Wybuchł jakiś niezbyt duży ładunek...-zaczęła Misa. Tak, tak, niech się nim zajmie, bo Koe właśnie podbiegła do mnie z kluczami.
-Nie wiem z czego są zrobione, Ace, ale żaden się nie połamał ani nic! Rozleciały się co prawda we wszystkie strony...Ale już je pozbierałam.
-Dzię...dzię...dziękuję. Resztę załatwię sam. A wy...wy zajrzyjcie do pomieszczenia, które łaskawie otworzył nam Oliver.
-Zamknij się, Dokusei!
-Kochany, nie nadwyrężaj się, jeszcze ostro krwawisz, odpocznij sobie.
Ukląkłem właśnie przy pierwszym z zamków, uważnie go oglądając i odrysowując w głowie kształt potencjalnego klucza.
-To pokój-oznajmił Marco-W sensie taki normalny pokój, do mieszkania. Nic się nie zniszczyło, tylko trochę brudu po wybuchu i bałagan. Łóżko, szafka, sedes. Żarówka na suficie, włącznik nad łóżkiem, brak okien, maleńki wywietrznik. Jakiś ekran i licznik na ścianie...
Właśnie udało mi się znaleźć pasujący klucz. Wziąłem głęboki wdech i spróbowałem otworzyć zamek.
Bez problemu.
Pokój, w którym się znalazłem, wyglądał najprawdopodobniej tak samo, jak tamto pomieszczenie przed wybuchem. Może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych wypełnionych zaskakująco świeżym powietrzem i światłem nieekologicznej żarówki. Takiej sprzed kilkunastu lat, trującej i skutecznej. 
Jak ja.
Spojrzałem wtedy na ekran i licznik. Tutaj też były.

Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 5h 14min 23s
Przeżyty czas: 5h 14min 23s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0

Nie wiem, w co się wpakowałem, a raczej w co zostałem wpakowany, ale zapowiada się ciekawie.
Na czymkolwiek polega ta gra, wiem, że nie mogę przegrać.
Nie mogę.

niedziela, 14 czerwca 2015

Sekcja psa

Może miałem na rękach znacznie więcej krwi niż jakikolwiek jego kolega z pułku.

Myślę, że dożywocie to zła kara. Nawet nie chodzi o obciążanie budżetu, ja sam obciążam budżet w najbardziej bezsensowny sposób. Po prostu nikt nie zasługuje na cierpienie, jakim jest monotonność i złudzenie, że wciąż żyjesz. Dlatego nieudane eksperymenty nigdy mnie nie załamywały. Ci więźniowie dostawali to, czego ja bym pragnął na ich miejscu. Zbawienie. Może na nie zasłużyli. Bo jeżeli Bóg istnieje, to chyba tylko jemu wolno nas sądzić. Inaczej wszystko posypałoby się jak domek z kart.
Nieudane eksperymenty należały jednak do rzadkości. Jak każdy człowiek, Intelektualiści mają różne zainteresowania i nieco inne zdolności. Mój konik to medycyna. Uczyłem się szybko, myliłem się rzadko. Kiedy miałem cztery lata, zabiłem naszego psa. Nie byłem chyba w pełni tego świadomy, ja po prostu chciałem wiedzieć, co pies ma w środku. Po bardzo długiej pogadance, pełnej łez Haigo i tłamszonej złości Tomasa, łażącego wokół stołu i skubiącego dziewiczą bródkę, postanowili zabrać mnie do psychologa. Oczywiście specjalnego, dla produktów.
Trzydziestoparoletni, miły, nieco stuknięty facet, zaczynał siwieć i ciągle poprawiał okulary. Pracując tu od dziesięciu lat, jak pochwalił się nam prawie na wejściu, zatracił większość nieudawanej wrażliwości. To dobrze, inaczej by już dawno wisiał na rurze od boilera w swoim małym mieszkanku. Nikt normalny nie wytrzyma czegoś takiego.
-Proszę się nie martwić-powiedział po wizycie, z której niewiele pamiętam-Ace to…wyjątkowy dzieciak, ale na pewno nie zarżnie was w nocy-dodał ze śmiechem.-Wystarczy na niego uważać, zapowiada się na dobrego lekarza. Sekcja psa na poziomie lekko doświadczonego praktykanta...
Wyjątkowo szczery jak na psychologa, prawda?
Pamiętam go dzięki późniejszym wizytom. Lubiłem gościa, byliśmy do siebie trochę podobni, ale ciężko mi powiedzieć co o tym zadecydowało.
Nigdy więcej nie zabiłem żadnego pupila domowego. No może oprócz dwóch rybek. Nie mogłem się powstrzymać, w końcu to nie ssaki, ich wnętrzności to fascynująca zagadka.
Przynajmniej tak myślałem w wieku sześciu lat.

Okazało się, że drzwi prowadzą do innego korytarza, krótkiego, czystego i z lepszym oświetleniem.
Drzwi. Tyle, ile nas.
Przyjrzałem się zamkom. Coś się nie zgadza. Jakoś tak dziwnie wyglądają. Może to paranoja?
-To nie ja tu jestem mądry-zaczął Marco, posyłając mi pełne uczucia spojrzenie-ale miałem w kieszeni pęk pięciu kluczy…
-Daaawaj to!-zawołała Koe ze śmiechem. Była pozytywna, ale w nieprzytłaczający sposób. Mimo, że w jej oczach wciąż widziałem smutek.
Tak naprawdę oczy nic nie wyrażają, to fakt potwierdzony badaniami. To niewielkie zmiany wyrazu twarzy, napięcia mięśni. Oczy są bez wyjątków puste. Jak u lalki, właściwie to wszyscy jesteśmy lalkami. Wy, prawdziwi, też. Ludzie są bez wyjątków lalkami.
-Daj, ja otworzę-Oliver zabrał Muzyczce klucze i podszedł z nimi do którychś drzwi.
Przyjrzałem się zamkom. Coś się nie zgadza.
Świadomość odgrywa w mózgu rolę marginalną. Jeżeli chcesz być skuteczny, zawrzyj pakt z podświadomością. Jak ja. Moim jedynym błędem jest niechęć do spontanicznej współpracy. Nie informuję ludzi o moich domysłach. Przez to nie byłem w stanie zapobiec wielu tragediom.
-Stój!-wrzasnąłem, rzucając się w stronę Olivera.
Za późno. Ja nigdy nie zdążam.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Krew

Gdy wszyscy podeszli już do drzwi, Oliver zaczął się szaleńczo śmiać. Jak człowiek na tyle zjarany, by bawiły go drzewa za oknem i amerykańskie sitcomy.
-Ha ha ha...No, no...Toś pocisnął!-wrzasnął w końcu.
Objął mnie ramieniem, żeby się nie wywrócić.
-Słyszałem wiele plotek i opinii o mózgowcach-dodał już nieco poważniej, wciąż wymachując ręką-Ale w życiu bym nie pomyślał, że naprawdę jesteście tacy...No błagam, to aż komiczne! Ha ha ha ha! A przejdę się po pokoju, a złamię sobie kod, a oleję wszystko i wszystkich, takie tam! Może tu zostaną i przestaną zawracać mi głowę! Ha ha ha!
Wiedziałem. Będą z tym błaznem problemy.
-Opanujesz się, czy mam ci pomóc?-syknął Marco, grożąc pięścią. 
-Jeżeli nie zamierzasz się uspokoić-dodałem, spoglądając mu w oczy-To my nie zamierzamy pozwolić ci iść z nami. Możemy cię tu bez problemu zamknąć. Hałaśliwi durnie nie należą do szczególnie przydatnych, wiesz?
-Jak nisko plasuję się w twojej skali przydatności?-zapytał mrużąc oczy. 
Jego śmiech opuścił salę, rozlewając się we wszystkie strony. Może o tym nie mówiłem, ale zdrowie psychiczne u Artystów często szwankuje.
Postanowiliśmy iść naprzód, nie zwracając na niego uwagi. Jeśli ktoś miał nas usłyszeć, pewnie już do tego doszło.
Nagle Oliver przestał rechotać, stanął i o puścił głowę tak, że grzywka zupełnie zakryła mu oczy. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
-Przepraszam-wyszeptał-Po prostu...Boję się. Ale pewnie trochę inaczej, niż wy...Nie tego, że coś mi się stanie. Boję się, że nigdy już nie zobaczę kogoś ważnego.
-Rozumiemy-wyszeptała Misa, podając mu dłoń-Chodźmy, dobrze?
Mimo, że od razu uświadomiłem sobie przydatność tej dziewczyny, wciąż wzbudzała we mnie obrzydzenie. Była jak sztuczne kwiaty pachnące odświeżaczem.
Wyszliśmy na wąski, chłodny korytarz, oświetlony mnóstwem żarówek, takich najtańszych, które przepalają się szybciej niż copywriterzy i szczury biurowe. Nagle w jednej z nich, zwisającej nad głową Misy, coś strzeliło i zaiskrzyło. Sekundę później opadła na nas gęsta ciemność. Taka, jakiej nigdy nie widziałem.
-To obwód elektryczny szeregowy-oświeciłem ich-Jedna z żarówek poszła, więc reszta też nie działa, jak w lampkach choinkowych.
-Fascynujące. Zostaw lekcje fizyki na potem i lepiej wykombinuj, jak się stąd wydostać!-rzucił Marco. To śmieszne, znałem go od kilku godzin, ale mogłem już ustalić wyraz jego twarzy na podstawie tonu wypowiedzi.
-Panowie, spokojnie. Mam, co trzeba!-Koe wybiegła przed nas, oświetlając sobie twarz latarką, niczym dzieci wieczorami na obozach. Miała w oczach dozę bezczelności, której wcześniej nie zauważyłem.
Mimo wszystko, to były smutne oczy.

                                                                       *   *   *

-Masz dość, śmieciu?! Masz dość?!
Po czole spływała mi strużka jego śliny.
-Cholerna kukła...
-Tylko nie w głowę, idioci! Głowy potrzebujemy...Zajmij się nim, a wy pójdziecie ze mną.
Kolejny kopniak w brzuch, kolejny stracony oddech. Krew zalewa moje wnętrzności.
Żeby tylko wnętrzności.
Krew zalała wszystko. Podłogę, ich ubrania, moją skórę, moje włosy. Wypełnia moje usta, opuszcza moje ciało.
A może ono nie jest już moje. Może straciłem je na rzecz tych rzeźników, ślepych od krwi.
-Wiesz, dlaczego ci współczuję, psie?-wysyczał, wymierzając kolejny kopniak.
Spoglądał mi w oczy. Raczej się tego domyśliłem, niż zobaczyłem. Za dużo krwi w oczach, za mało w mózgu.
-Ty-powiedział, stawiając mi but na twarzy-Ty będziesz w życiu doceniany. Tak, tak! Będziesz ważny, wielki i bogaty. Ale!-wykręcił mi rękę na plecach-Nikt, nigdy cię nie pokocha, nawet nie polubi, nie będzie uważał za osobę. Jesteś tylko zbiorem nadaktywnych neuronów! Jesteś cholernym komputerem! Bo ty, ty też nikogo nie pokochasz. Jesteś jakimś bachorem, a już zaczynasz! Masz gdzieś ludzi, masz gdzieś uczucia, nie potrafisz ich pojąć tym swoim zimnym łbem!-kopniak.-Wiesz, ile osób zamordowałeś?! I co?! Osiągnąłeś cel, tak?! Fajnie iść po trupach, co? Ludzie to najlepsza wykładzina pod twoje przeklęte stopy!
-To...to...-charczałem, wypluwając krew.
-Masz coś do powiedzenia, gnoju?!-wrzasnął.
-To...to by...byli...te...terro...ryści...i prze...przestęp...cy
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi kolory.
-Tak?! Wszyscy?! Wątpię! Wątpię też, że musiałeś tak postąpić! Ja również nie należę do szczególnie moralnych-szepnał, spluwając na mnie-ale nie potrafiłbym zabić grupy idealistycznie nastawionych nastolatków i ich rodziców, nie wspominając o dziesięciu niewinnych osobach. A ilu więźniów, ho ho! Media milczą, podczas gdy takie szmaty jak ty dokonują cichej, chirurgicznej, bezkrwawej rzezi! Nie lubimy brudzić rączek, co?! Gdybym...
Nie usłyszałem ani słowa z tego, co mówił.
"Nie jestem mordercą. Nie jestem zabójcą. Nie jestem psychopatą. Nie jestem mordercą." Powtarzałem to w głowie jak mantrę, powoli tracąc przytomność.
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi słowa.

                                                                       *   *   *
Nagle światło latarki zatrzymało się na metalowych drzwiach pokrytych łuszczącą się farbą. Widziałem takie na osiedlach w Berlinie.Tu nie ma takich osiedli.
Zamek z podrdzewiałą kłódką był dwa razy większy od mojej pięści. Jeżeli ten osiłek Marco go złamie, przetopimy to żelastwo na jego pomnik.
 -Jesteś niesamowity!-zawołała Misa, gdy Marco złamał kłódkę gołymi rękoma i wyważył drzwi.
-Do Palestyńskich domów też tak wchodziłeś?-zapytałem spokojnie.
-Zamkniesz się, czy mam ci pomóc?!-krzyknął, przypierając mnie do ściany. Wiedziałem, że nie zada ciosu, a ja dowiem się tego, czego chcę.
-Czyli jednak byłeś w wojsku.
-Nic ci do tego-burknął.
Nie zamierzałem go oceniać, sam nie miałem czystego sumienia. Założę się, że nikt z nas nie miał. A już na pewno nie ja.
Może miałem na rękach więcej cudzej krwi niż on.



niedziela, 19 kwietnia 2015

Kod

Kartka.
Udałem, że podciągam spodnie i odsunąłem rękę od kieszeni. Przecież nie wyciągnę kartki przy wszystkich, odczytując na głos jej treść. Jeżeli ma treść.
W pokoju zapanowała cisza, jakby do każdego już dotarło. Nie wiem niestety co.
-Trze...trzeba się rozejrzeć-powiedziałem, głośniej niż należało-Gdzie się znajdujemy i dlaczego. Wątpię, żebyśmy, no, mogli stąd sami wyjść. Mamy szansę zostać uratowani, tylko jeśli to sprawka terrorystów, albo spragnionych zysku porywaczy. Bo równie dobrze, to...to może być projekt. Dzieło tych, um. Tych z góry. W końcu-szepnąłem-nie jesteśmy dla nich ludźmi. Zbiór danych, produkt hodowli, mięso armatnie w walce o nic. O doskonałość, której nigdy nie osiągniemy, bo jak, bo po co? To nie ma początku ani końca...
Zrozumiałem, że te słowa opuściły moją głowę, gdy dotknąłem swojego policzka-niewytłumaczalny odruch, każdy takie ma. Na twarzy krzywy półuśmiech, złośliwy i szyderczy. Nie mój. Czasami wydaje mi się, że mieszkają we mnie dwie różne osoby, stary ja się rozpada, a nowy nie powstaje. Tylko pole bitwy między tą dwójką. I żaden z nich nie jest mną.
Uzewnętrzniony monolog wewnętrzny zagęścił i tak już nieprzyjemną atmosferę.
-Jajogłowy ma rację-rzucił Marco z uśmiechem, który miał wyglądać łobuzersko, ale przypominał ledwo trzymającą się materiału naszywkę-Dlaczego od razu nic nie zrobiliśmy?
-Heh. Widzę, że mam już no...nowego kolegę. Warto zapisywać te docinki, żeby się nie powtarzały. Nie lubię monotonii, wiesz?
Postanowiłem ciągnąć grę, którą zaczął. Zrobił to pewnie, by mieć się za co chwycić. Jeszcze nie teraz, potem. To typ człowieka, który próbuje radzić sobie z problemami, rozpraszając się.
Po około dziesięciu minutach, albo trzydziestu, nie mam pojęcia, mój wewnętrzny czasomierz funkcjonuje gorzej, niż wątroba alkoholika, ustaliliśmy plan działania. Chodziliśmy po pokoju, zaglądaliśmy w każdy z nielicznych kątów. Jedyne drzwi w pomieszczeniu były zamknięte.
Znalazłem to pod drugą ławką-nieduży, łatwy do przeoczenia napis. Wyczułem go palcami i nosem. Czerwono-brązowa, pachnąca metalem substancja, która niedawno była cieczą.
Widziałem w życiu o wiele więcej krwi niż powinienem, z czego ponad trzy czwarte pomiędzy pobytem w jednym Centrum a drugim.
Nieco rozmazałem ten napis, ale udało mi się ustalić, że przed dewastacją wyglądał tak:

(M-10) B F (3+5) H

Obok napisu, o dziwo, leżał długopis. Nie wnikam, liczmy na to, że krew po prostu urozmaica krajobraz i doprowadza do paranoi.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory. Słowa przesunęły się w tył głowy. Słowa słowa słowa. O, prawie jak wiersz.
Przed oczami zaczęły latać mi 
kolory. 
Słowa przesunęły się w 
tył głowy. 
Słowa słowa 
słowa. 
-Zaraz-mruknąłem-Czy obok tych drzwi..
Pobiegłem w ich stronę, wpadając po drodze na Muzyczkę. Jak się nazywała? Chyba Koe.
-Prze..prze...przepra...
Dukałem gorzej niż zwykle, jak kompletny idiota, który pogubił albo zjadł wszystkie fiszki pod tytułem "Życie codzienne wśród normalnych. Rozmówki ludzko-Ace'owskie".
-Nie. Nic nie szkodzi-uśmiechnęła się ciepło. Naprawdę ciepło, to nie uśmiech pielęgniarki, to prawdziwe ciepło, jak domowe naleśniki. Gdy mieszkałem z Haigo i Tomasem, jadaliśmy takie w każdą niedzielę.
Ja też zacząłem się uśmiechać. Ciepło, jak naleśnik.
Gdy dostałem się w końcu do tych drzwi, okazało się, że miałem rację-trzeba wpisać kod, aby się otworzyły, ewentualnie wybuchły albo zgładziły nas w inny sposób. Nieważne, trzeba je otworzyć. To dziecinnie proste.
Wpisałem to.

3 2 6 8 9

-Możemy wyjść-oznajmiłem, wskazując ręką na otwarte drzwi.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Integracja

-To kara boska!
Rozemocjonowane staruszki w śmierdzących naftaliną, filcowych beretach szeptały, siedząc na ławeczkach przed blokiem. Brzydkie, szare osiedle. Tutaj takich brakuje, ale w Berlinie jeszcze się ostały. Haigo, moja przybrana matka, studiowała w Niemczech i tam poznała Tomasa. Najpierw mieszkali w Japonii, oboje pracowali w firmie informatycznej. Wróciliśmy do Berlina już we trójkę. Właściwie we czwórkę, ale po kilku dniach okazało się, że Haigo znowu poroniła. Współczułem im, tej pechowej parze, bardzo źle znosili mieszankę tęsknoty, frustracji, wstydu i niezrozumienia po każdej wizycie u lekarza. W sumie to nie tylko im współczułem, chyba ich kochałem.
-Jak się bierze diabła do domu...
Siwa, przygarbiona babka z rosyjskim akcentem nie dokończyła, bo właśnie przechodziłem obok. Nie myślcie, że mieszkałem w tej wylęgarni patologii, pełnej nieletnich prostytutek, ćpunów, alkoholików i zabiedzonych staruszków, którzy nie potrafili się tu odnaleźć, zbici w ciasne stadka pod klatkami schodowymi i w prowizorycznych klubach seniorów.
Niewiele takich osiedli się ostało.
Mieszkałem na prestiżowym osiedlu niezwykle nowoczesnych, drewniano-szklanych domków jednorodzinnych, pełnych porcelany, perskich dywanów, sztuki nowoczesnej i smart-mebli, nadętych nowobogackich i strzyżonych ręcznie żywopłotów.
Wyglądało to, jakby psychopatyczne dziecko wcisnęło te dwa światy w jedną, małą przestrzeń, a teraz śmiało się, prawie spadając z wysokiego stołka, górującego nad szarymi blokami.
Jak się bierze diabła do domu...
Właśnie tak o mnie myśleli. O prawie zwyczajnym, osieroconym dziecku. Nawet po tym, gdy stało się...Nieważne. Nie chcę o tym myśleć. Muszę się wyłączyć, chciałbym się wyłączyć, wziąć do ręki coś ostrego i amputować sobie umysł, myśli, te kalekie wspomnienia i sny. Bo kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.

*  *  *
Znaleźliśmy drzwi. Zaprowadziły nas do dużego, oświetlonego pomieszczenia, z kilkoma monitorami na pokrytych bordową tapetą ścianach. Pod sufitem znajdowało się małe okienko zasłonięte ciężką zasłoną. Połowę jej masy wydawał się stanowić kurz.
Sportowiec ocknął się w chwili, gdy opuszczaliśmy ciemną salę. Nazwałem ją punktem startu. A może to właśnie punkt końca? Myśli biegają mi po głowie jak schizofrenik pewny, że wokół szaleje pożar. Bardzo często tak mam, jakby ktoś wyświetlał mi przed oczami zmieniające się z ogromną prędkością słowa i obrazy. Słowa słowa słowa słowa. Obrazy. Kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
-...poznali?-zapytał, spoglądając na mnie. Ten chłopak, Artysta. Na pewno Artysta. 
Niski, raczej szczupły. Mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy, w podartych czarnych jeansach i koszulce jakiegoś metalcore'owego zespołu. Spod pseudohipsterskiej czapki "beanie" wyłaziła jasnobrązowa grzywka. Miał owalną twarz, zamglone, szare oczy, piegi i podkówkowaty kolczyk w przegrodzie nosowej. Przebiegłem po nim dwa razy wzrokiem i mogę dać głowę, że to Artysta. I że przysporzy nam trochę problemów. Z przeczuciami i intuicją jest u mnie różnie, ale widziałem już takich. Mieli ten sam wyraz twarzy, te same myśli, to samo nastawienie, wszyscy byli jak tykające bomby, misterne rzeźby z prochu strzelniczego, piękne i ciekawe, ale bezcelowo niebezpieczne. Swojego rodzaju skutek uboczny, bardziej uboczny, niż my wszyscy; zabawka laborantów. Powołani do życia nie do końca wiadomo po co, introwertyczne dzieciaki z ponadprzeciętnymi zdolnościami manualnymi. Znerwicowane, wrażliwe dzieciaki, pełne wszczepionej im od początku, wprogramowanej potrzeby wyrażania skomplikowanych uczuć przez sztukę, obrazy i słowa, kształty plam, substancji i liter.
Słowa słowa słowa słowa. Widzicie to, moje myśli nabierają rytmu.
-Ma...masz rację-odpowiedziałem, spoglądając na Artystę-zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym położeniem, powinniśmy, tego no, wiedzieć, jak się do siebie zwracać. Bo, em, nikt z was chyba nie chce być określany jedynie bardziej lub mniej złośliwą nazwą grupy, do której należy, prawda?
Pokiwali głowami. Tylko z pozoru zachowywali się spokojnie-nerwowe tiki, rozlatane oczy. Silny nawet nic nie ukrywał, chodził w kółko jak zaburzony chomik. Moja sąsiadka z dzieciństwa takiego miała-rozdrapywał sobie skórę, biegał ciągle po tej samej trasie i zabił się, gdy po raz pierwszy wypuszczono go z klatki. Od tamtej pory nie lubię chomików. Głupie, włochate kulki.
-Jestem Koe Merodi-zaczęła Muzyczka, nawet na nas nie patrząc. A szkoda, bo miała ładne, liliowe oczy. Laboranci lubią się pobawić -Mieszkałam w Tokyo, a później w tamtejszym Centrum. Gram na skrzypcach, pianinie, saksofonie, gitarze, flecie, akordeonie...
-Wystarczy!-zawołał Artysta, śmiesznie wymachując rękoma-Stop! Dzięki! Koniec! Nie zapamiętamy!
-Opowiesz nam jeszcze kiedyś?-zapytała Charyzmatyczna z uśmiechem konsultantki biura-Teraz i tak nie zapamiętamy, jak powiedział kolega...
-Jestem Oliver Spence-rzucił Artysta, depcząc prawą nogą koniuszek lewego buta-Przeprowadziłem się do Japonii dwa miesiące temu, z Anglii. Głównie rysuję, grafika i te sprawy. Trochę rzeźbię. Słucham zespołu Self War. W sumie tyle. Nie wiem, po co to mówię.
-Komfort psychologiczny-odparłem.
-Słucham?-Silny nagle włączył się do rozmowy-Powtórzysz?
-Powiedziałem komfort psychologiczny. Wszyscy chcemy go mieć.
-Myślę, że miałbym go najwięcej, gdybym się stąd wydostał-westchnął- A tak w ogóle to mam na imię Marco, przenieśli mnie z Holandii, gdy byłem mały.
Wrzucono go wtedy w rzeczywistość, której nie potrafił przełknąć. Miał w sobie coś z weterana wojennego, być może wcielili go do wojska, z Siłaczami często to robią, nawet z dziećmi. Nie wiem.
-Misa Supichi, bardzo mi miło-odgarnęłą rude włosy i obrzuciła nas kolejnym uśmiechem, jeszcze gorszym, uśmiech biurwy, uśmiech pielęgniarki w Centrum, uśmiech przyszywanej matki, która czuje ulgę, oddając dziecko do Centrum-Pochodzę z Kioto, zamierzam zaangażować się w politykę. Mam brata, Nodo. Jesteśmy bliźniakami dwujajowymi-wyjaśniła.
Aha, pomyślałem. Aha. To dzieci, próbują zbudować więź, potrzebują zaufania. Różnimy się-oni chcą poczuć się bezpieczni, znalezienie rozwiązania to dla nich sprawa drugorzędna. Ja mam inną hierarchię wartości.
-Ace Dokusei.
To nie tak miało brzmieć, nie chciałem wyjść na ignoranta z aspergerem, nie. Zatkało mnie po prostu. To nie tak, że nie powiedziałem nic więcej, bo uważam, że to nieistotne.
-Ja...-dodałem, gdy zaczęli się we mnie intensywnie wpatrywać- Najpierw mieszkałem w Tokyo, następnie w Berlinie, później wróciłem.
Aha, pomyśleli pewnie. Aha.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Nie tej, w której znalazłem nóż, do drugiej.
Była tam kartka.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Zestaw

Wciąż się zastanawiam, o jakie "grzechy" chodziło.

Otworzyłem oczy, ale niewiele to dało-otaczała mnie kompletna ciemność. Zacząłem czołgać się po podłodze z wyciągniętymi do przodu ramionami . Chodzenie wydawało mi się nierozważne, bo skąd miałem wiedzieć, czy nie trafię na jakąś zapadnię, albo...
Ściana. Na to właśnie czekałem. Może znajdę włącznik? Z reguły właśnie tam są, nawet w Centrach. Chociaż nie, wróć. W pierwszym, do którego trafiłem, moje "powitalne" zadanie polegało na odszukaniu tego cholerstwa, mniejszego niż palec, ukrytego w zaniuchanym kącie . Po złamaniu kilku kodów, bieganiu po pokoju z mizernej jakości latarką i szukaniu wskazówek, zapaliłem światło. Zajęło mi to jakieś 15 minut. Podobno ponadprzeciętny wynik. Osiągnięcie życia.
Ściana była mokra, ale nie czułem smrodu wilgoci. Pachniało metalem. Czyżby to...
-Krew-szepnąłem, gdy natrafiłem ręka na włącznik, a około półtora metra nad moją głową zamrugało kilka sinych jarzeniówek.
Po ścianie cicho pełzła plama świeżej krwi. Niezbyt duża, żadnych fragmentów wnętrzności. Nikogo tu nie zastrzelono, to już ustalone.
-Au!-wrzasnąłem. Potknąłem się, a w rękę wbiło mi się coś twardego i mokrego.
Zakrwawiony ząb.
Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość, gdy zobaczyłem o co się potknąłem. Ogromne ciało jakiegoś mężczyzny, miał chyba z dwa metry wzrostu. Ukucnąłem, żeby przyjrzeć się jego twarzy.
- Młody chłopak-mruknąłem do siebie-Pewnie jeden z Silnych, wyglada jak Herkules w podręcznikach.
Jeszcze kilka chwil temu leciała mu krew z ust. To na jego ząb upadłem. Ktoś musiał mu porządnie przywalić! Ułożyłem go w bezpiecznej pozycji. Puls w porządku, temperatura chyba też. Nie mogę mu pomóc. Ba, nawet nie muszę.
-Haaalooo!
Dziewczęcy głos przebił się przez ciężkie powietrze jak pocisk. Taki był... dźwięczny? Nie. On był   o s t r y. Brzytwa ze starych westernów. Nie przesadnie wysoki, taki rozbrajająco niewinny,ale...
-Jest tam kto? Haaaaloooo...Wiem, że tu jesteś!
Może większość z was wstydziłaby się tego, ale szczerze przyznam, że zacząłem szukać jakiejś potencjalnej broni. Broni przeciw dziewczynie, która mogła tam na mnie czekać z piłą łańcuchową i sześcioma trupami u nóg. Z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że mam w kieszeni nożyk. Nigdy go tam nie było, dałbym sobie uciąć głowę! Teraz to jednak nieistotne. Trzeba zobaczyć, kto mnie woła.
Stała w białawej poświacie żarówek. Trochę niższa ode mnie, szczupła, o krótkich włosach. W tym świetle nie mogłem określić ich koloru. Na pewno jakiś ciemny.
-Kim jesteś? I co my tu robimy?!-wyszeptała, nerwowo skubiąc spódniczkę.
Gdy przyjrzałem się jej dłoniom zauważyłem, że coś się nie zgadza. Po chwili już wiedziałem co.
Miała sześć palców. Czyżby to Muzykalna? Jakieś czterdzieści procent tej grupy ma nadprogramowe palce. To dosyć przydatne w grze na instrumentach. Tak słyszałem.
-Po...posłuchaj-zacząłem. Czułem, że powinienem położyć jej dłonie na ramionach, wziąć za ręce, zapewnić jej jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale nie umiałem. Moje uczucia nie radzą sobie w byciu uczuciami-Ja...ja nie mam pojęcia, podobnie jak i ty. Czy należysz do Muzykalnych?
Spojrzała na mnie spode łba. Zmieniła się w ułamek sekundy z przerażonego kociaka we wściekłą lwicę.
-Czy to jest istotne?
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak. Jeżeli mam rację, to znajdujemy się tu wraz z conajmniej trzema innymi osobami.
Choć opuściła głowę widziałem, że prawie płacze. Nagle za jej plecami pojawił się ktoś jeszcze.
-Pierwszy raz widzę Intelektualistę!-jej głos, bo to też była dziewczyna, brzmiał miękko i głęboko jak krem. Taki dobry krem.
Przyjrzałem się twarzy nieznajomej i zobaczyłem coś w rodzaju otarć w kącikach ust. Ślady po linie. Zakneblowali ją. To Charyzmatyczka. Ten uśmiech, ton głosu, gesty, odpowiedni dystans miedzy nią a rozmówcą, ładna, nieco nijaka twarz. Czułem, że bedą z nią problemy-w naturze jej grupy leży przywiązanie do Intelektualistów, są naszym językiem, a my ich mózgiem. Nie twierdzę, że są głupi. Po prostu w każdej sytuacji wolą się nas słuchać, ufają nam jak dziecko matce.
-Racja-wybełkotałem raczej do siebie niż do nich-są tu jeszcze conajmniej dwie osoby. Jeden to ten Silny z zakrwawioną gębą, Charyzmatyczka i Muzykalna. Brakuje tylko Artysty...
Na lewo od nieprzytomnego Siłacza rozległ się głośny, piskliwy śmiech szaleńca.
-Właściwie-powiedział "autor" śmiechu, sunąc w naszym kierunku-to chyba jesteśmy w komplecie.
-Możliwe-odparłem-Przynajmniej nasz "zestaw".



wtorek, 31 marca 2015

Wizyta

-Cześć, młody-Cody powitał mnie szerokim uśmiechem-W wariatkowie dzień wolny?
Pachniało kurzem i starym drewnem.
-Ta. Mogę coś do picia? Umieram z pragnienia.
Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec ożenił się po raz drugi i niespecjalnie interesował się synem. To siostrzeniec moich przybranych rodziców. Chciał się mną zająć po ich śmierci, zabrać mnie do Japonii. Nie pozwolono mu zostać moim opiekunem, bo był jeszcze niepełnoletni. Gdy...gdy pojawiła się taka możliwość, obchodziłem już czternaste urodziny i nie mieliśmy wyjścia. Znowu trafiłem do Centrum. Znowu, bo nie zadawano sobie trudu, by znaleźć mi inną rodzinę zastępczą, kiedy zostałem sierotą. Taka okazja rzadko się zdarza-legalny bachor z podgrupy A. Długo się nie nacieszyli, bo...
-Opowiadaj. Jak się żyje w probówce?
Lubiłem go. Nigdy nie próbował być milszy, niż naprawdę miał na to ochotę. On chyba też mnie lubił-rzadko miewał innych gości w tym dwupokojowym, ciasnym mieszkanku, pełnym papierów i książek.
-Nie spałeś-stwierdziłem, spoglądając na wielkie, ciemne worki pod jego oczami-Znowu zerwałeś noc na naukę?
Spojrzał na mnie, udając wesołość. Przy każdym naszym spotkaniu wyglądał coraz gorzej, jakby ktoś wysysał z niego siły przez słomkę do napojów.
-Muszę zdobyć wykształcenie i zawód, zanim wszyscy dorośniecie. Nie mam z wami szans...
Produkcja nadludzi stawia przed władzą bardzo ważne pytanie: co robić z tymi normalnymi. Przynajmniej dopóki nie będziemy stanowić absolutnej większości...
-Strasznie się boisz, Cody-powiedziałem nagle, gapiąc się w moją szklankę z lemoniadą-Prawda?
Bał się często, ale nigdy tego nie okazywał. A widywałem go, gdy siedział do późna nad zeszytami, aż do wycieńczenia, przez które nie mógł spać. Nie mógł też pracować, włóczył się więc bez celu pomiędzy salonem, sypialnią, lodówką i balkonem. Wysoki i nieźle umięśniony, do niedawna zawodowo grał w kosza. Dużo pali i kaszle, ma krótkie, rude włosy, brązowe oczy, wrednego kota o imieniu Tłuścioch i lekko zużytego, neonowo niebieskiego Fiata.
-Masz rację-odparł Cody po chwili zastanowienia-wszyscy się boimy. Ale prawda jest taka, że ty boisz się najbardziej. I nie mów, że nie, bo...
Ech, Cody, Cody. Zawsze to powtarzasz.
-Znasz mnie zbyt dobrze, co? Poczekaj, niestety muszę przerwać tę przemowę. Idę do łazienki.

-Cholera-syknąłem, wyciągając spod strumienia wody poparzony palec. Uroki taniego kranu...
Spojrzałem w lustro. Ochrzaniłem Cody'ego, ale sam nie wyglądałem lepiej. Od kilku miesięcy praktycznie nie jadłem, a w snach codziennie zabijałem, uciekałem, kłamałem i zdradzałem sojuszników, brałem udział w jakichś chorych grach, na końcu których zostawałem sam z zakrwawionym nożem w ręku, krzycząc "zwycięstwo!". Albo leżałem na wpół martwy patrząc, jak moje wnętrzności wylewają się z ran na podłogę. Czasami, ale bardzo rzadko, śniła mi się Haigo.
Przetarłem ręką brudnawe lustro, żeby móc się przejrzeć. Podobno byłem przystojny. Może bez tych sińców, wystających zewsząd kości i chorobliwie bladej skóry naprawdę wyglądałbym dobrze. Nie wiem. Chyba nie mam w tej sprawie wiele do powiedzenia.
Ostatnio bardzo często zastanawiam się nad sobą i coś ewidentnie jest nie tak. Jakby poprzedni "ja" się rozsypał, a nowy nie zdążył się uformować. Jakbym nie istniał. Pan Nikt, bardzo mi miło, nie mam pojęcia czym się stałem i co zamierzam z tym zrobić. Jeżeli człowiek zaczyna wyglądać na przygnębionego, to jest z nim już bardzo źle. Problemy są jak pasożytnicze robaki-nie wydostaną się poza twoje wnętrze, dopóki nie dojrzeją.

Wyszedłem około dziewiętnastej, a do wariatkowa, jak to określił Cody, musiałem wrócić następnego dnia o dziesiątej. Jak nie, to pościg, powrót z eskortą i surowa kara. Każdy z nas ma wszczepiony pod skórą na plecach nadajnik, którego nie umiemy się pozbyć. Nie tylko dlatego, że czasami trudno dosięgnąć-ja na przykład potrafię to zrobić. Lewą ręką. Po prostu nie widzę sensu w ucieczce-tylko w małym, sztucznym światku, możemy żyć normalnie. Wszędzie indziej uważa się nas za potwory lub w najlepszym wypadku użyteczne maszyny, jak szlifiarka czy mikrofalówka.
Chłodny wiaterek nosił po ulicy różowe płatki wiśni.
-Tfu!
Jeden trafił mi do ust.
Zatrzymałem się. Chyba ktoś za mną szedł. Chciałem się odwrócić, ale było już za późno...
Poczułem okropny ból-najpierw w nogach, później w brzuchu, jakbym oberwał metalowym kijem. Przystawili (przystawił? przystawiła?) mi jakąś szmatkę do twarzy. Odpływam.
-...za grzechy. Swoje i...-męski głos docierał do mnie jak zza mgły.
Czyli jednak "przystawił" lub "przystawili", pomyślałem.

niedziela, 29 marca 2015

Wieczór

-Brrr...Nocne spacery o tej porze roku to chyba nie najlepszy pomysł!
Aisuru zalicza się do osób uwielbiających informować otoczenie o tym, co myśli i czuje, a zainteresowanie słuchaczy to dla niego sprawa drugorzędna. Ogólnie jest względnie normalnym dzieciakiem, odnoszącym się do wszystkich z niespotykaną wśród nas serdecznością. Mam szczęście, bo teoretycznie nie powinniśmy razem mieszkać-należy do podgrupy B.

-Po tym wszystkim, co przeszedłeś-zaczął dyrektor, niski wąsacz z nadwagą i wielkimi, niedźwiedzimi łapami-pozwoliliśmy sobie na małe odstępstwo od reguł...
-Z całym szacunkiem, Panie Dyrektorze-odpowiedziałem, tłumiąc w sobie niesmak-ale nie ma takiej potrzeby. Nie chcę być traktowany lepiej od pozostałych, bo...
-Dokusei-facet wyglądał na kogoś, kto wolałby umrzeć, niż usłyszeć sprzeciw-nie robimy tego  t y l k o  ze względu na twój stan psychiczny. Widzisz, tak się składa, że jesteś jedynym członkiem podgrupy A w naszym Centrum. Było was sześciu, ale...zresztą, nieważne. Wiesz przecież, że wszędzie występujecie w śladowych ilościach.
-Ta-odparłem-jak orzeszki ziemne w czekoladzie.
Nie wiedział, jak zareagować. Nic dziwnego-ciężko stwierdzić, czy jestem inteligentnym dzieciakiem z poczuciem humoru, czy aspołecznym chamem. Sam się nad tym często zastanawiam.
-W dodatku, Dokusei-spojrzał na mnie spod śmiesznie małych okularów-mamy nieparzystą liczbę dzieciaków podgrupy B. A nasi psychologowie twierdzą, że dwuosobowe pokoje są dla was najlepsze. Z twoich danych wynika, że...
Dane. Wtedy ostatecznie zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy tylko serią danych.
Wiek: 15 lat

Waga: 52 kg
Adnotacje dot. wagi: Stała od momentu rejestracji

Wzrost: 178 cm
Adnotacje dot. wzrostu: Wciąż rośnie
Badają nas bez przerwy, jakby to nasze dane, możliwie jak najbardziej aktualne i dokładne, były celem tego całego projektu. Jakby to one miały udoskonalić ludzkość.
Rządowi, rzecz jasna, najbardziej zależało na nas. W końcu z Intelektualistów rekrutują się przyszli twórcy "cyborgów"-takich jak my, Silni, Muzykalni, Artyści i Charyzmatycy. Właściwie to dopiero będą-jesteśmy pierwszym udanym pokoleniem, które ma niemal stuprocentową szansę dożyć dorosłości. Niewykluczone, że możemy mieć dzieci. To właśnie na nie jajogłowi i politycy czekają najbardziej. To właśnie one mają być tym, czego pragnęli już Hitler i Stalin-perfekcyjnymi nadludźmi, obdarzonymi wszystkimi najlepszymi cechami. Ale droga do tego celu będzie długa i gorzka. Ciekawe, czy kiedyś dotrzemy do...

-Ace!-szepnął nerwowo Ai-Ktoś nadchodzi! Zgaduję, że dozorca...
Szybko odwróciłem głowę. Chyba nie powinienem tak często odpływać. Okropnie się pewnie ze mną rozmawia.
-To..tam! Ai, musimy się wdrapać...na...na to drzewo!
Ciągle się zacinam i jąkam, ale nikt się tym nie przejmuje. Od pięknego strzępienia języka mamy Charyzmatyków-towarzyscy, o sporych umiejętnościach społecznych, już jako dzieciaki zostają świetnie opłacanymi marionetkami w rękach polityków.
Pochodzimy z laboratorium. Całkowicie. Nie jesteśmy "poprawionymi" zarodkami. Powstaliśmy z półsyntetycznych komórek, pozbawionych dużej części DNA. Części, bo, rzecz jasna, nie całego. To tak nie działa. Właśnie te nieusunięte fragmenty zadecydowały o tym, że się różnimy i mamy liczne defekty. To tak działa. Chyba nigdy nie dogonimy perfekcji. Tak naprawdę, to już zapomnieliśmy, dlaczego ją gonimy...
-Toshiko?!-Ai prawie spadł z chrupiącej pod nim gałęzi.
-To...Toshiko! Co...Co ty tu robisz? Usłyszałaś jak wychodziliśmy, prawda?
Uśmiechnęła się jak dziesięcioletni łobuziak z przemysłowej dzielnicy. Widziałem takich może trzy razy w życiu, ale ten uśmiech szczególnie zapadł mi w pamięć.
-Ace jak zawsze wszystko wie-powiedziała, śmiejąc się cicho-Macie szczęście, że to ja, a nie na przykład Kisei.
-No...rzeczywiście. On, no...mieszka dwa pokoje na prawo. Chodź szliśmy w lewo, mógł nas przecież usłyszeć.
-Czasami wydaje mi się, że on żyje wszystkim na złość-westchnął Aisuru, machając nogą i ignorując ostrzegawcze trzaski gałęzi, na której siedział-Cały czas tylko...
-Daj mu spokój-syknąłem-gość ma hiperleksję.
-Nie słyszałam o takiej dolegliwości-mruknęła Toshiko-na czym to polega?
-Hiperlektystyczne dzieci wykazują się, między innymi, mocną pamięcią słuchową i wzrokową, nieumiejętnością nawiązywania kontaktów i odczytania cudzych intencji czy zamiarów, odczuwają intensywną potrzebę trzymania się rutyn, a także miewają specyficzne lęki. Choć...
-Wystarczy. Idź, dziecko, znajdź normalne hobby, zamiast wkuwać symptomy chorób rozwojowych i psychicznych. Wyłącz tryb encyklopedii i i powiedz nam, skąd wiesz, że to go dotyczy. Czy to tylko twoje podejrzenia?-Toshi ewidentnie próbowała się ze mną droczyć.
Wszyscy normale twierdzą, że rozmawiamy w irytujący sposób. I mają rację. Tak naprawdę nie potrafimy się dogadać ze zwykłymi ludźmi. Efekt uboczny mikrospołeczeństwa, gdzie średnie IQ zamiast 100 wynosi 120, a głód wiedzy u niektórych bywa silniejszy, niż potrzeby fizjologiczne.
-Zauważyłem to w jego zachowaniu. A że czasem bywam u tego, no...psychologa...
-Nie czasem, tylko często-przerwał mi Ai
-Ta...tak, Ai. Dziękuję, nie wiem jak bym sobie bez ciebie poradził. Najprawdopodobniej wcale. Tak że tego, no...bywam u psychologa i pewnego razu powiedziałem mu, mimochodem, co sądzę o Kisei. Doktorek wziłął sobie do serca moje słowa i przeegzaminował chłopaka, a tydzień później przyniósł mi czekoladę w nagrodę za słuszną diagnozę.
Gdy skończyłem mówić, rzuciłem krótkie spojrzenie w stronę Toshiko. Koleżeńskie docinki i riposty uważałem za formę rywalizacji. W końcu nie mamy wszyscy zespołu Aspergera i potrafimy nawiązać jakieś relacje. Jakieś to kluczowe słowo, zwłaszcza w moim przypadku.
Pierwsze Centrum, do którego trafiłem, przypominało obóz militarny. To znaczy, nigdy na żadnym nie byłem, ale od czego są książki. Tak samo jak tutaj, mieliśmy "poranną rozgrzewkę"-mózg lubi wysiłek fizyczny. O ile w tym Centrum oznacza to zbiór ćwiczeń na sali, lub, przy sprzyjającej aurze, na dziedzińcu, tam biegaliśmy w błocie, śniegu i deszczu, by udać się na zatłoczoną stołówkę po niesmaczny, nafaszerowany odżywkami, omegą 3 i orzechami posiłek. Pół godziny dla siebie, test IQ. Badanie. Zajęcia, podsumowane quizem. Niedobry obiad. Lekcje, zakończone testem. Psycholog, który sam potrzebował psychologa. Sprawdzian wiedzy i umiejętności intelektualnych nabytych poprzedniego dnia. Godzina biegu w zimnie, upale, przy wietrze. Adekwatna do innych posiłków kolacja. Ćwiczenia "na elastyczny umysł". Bezwzględna cisza nocna. Atmosfera ciągłego stresu, toksycznej rywalizacji i zawiści. Presja, frustracja, sadystyczni nauczyciele i wychowawcy, również zmęczeni tym piekłem. Tam nikt nie był normalny. Może tylko dzięki temu zniosłem wszystko, co mnie później spotkało.
Spojrzałem na tę dwójkę. Nie jestem mistrzem odczytywania emocji, ale potrafię poskładać wszystko, co mówą Aisuru i Toshiko, do kupy.
-Zrobiło się zimno. Pójdę po kurtkę. Przynieść ci twoją?-zapytałem. Oczywiście gość mnie nie słuchał. Był zbyt zajęty próbą zaimponowania dziewczynie, która miała zawsze lepsze o jeden punkt wyniki testów niż on. Naprawdę, zabawni są. Nieważne, jak inteligentny jesteś na co dzień. Gdy się zakochasz, zachowujesz się jak kontuzjowany Silny-zagubiony, roztargniony i sfrustrowany. Taki jest porządek wszechświata.
-No dobra-burknął po chwili- A nikt cię nie złapie?
-Nie. Przypomniałem sobie, że przecież jutro ten, no...dzień wolny. A Andy ma dziś osiemnastkę i najprawdopodobniej chla z młodszymi opiekunami.
-Aha, świetnie-dodała Toshi roztargnionym tonem-Poczekamy tu.
W porządku, pomyślałem. Nie zamierzam tu wracać i dobrze o tym wiecie. Wbrew pozorom potrafię być adekwatny, ale to raczej kwestia logiki niż wyczucia.
Gdy po pół godziny wyjrzałem za okno, zobaczyłem tę dwójkę w punkcie kulminacyjnym. Chyba zgodziła się z nim być. Nieważne. Grunt, że coś ciekawego się wydarzy. tak się składa, że uwielbiam zmiany.
Zdmuchnąłem z parapetu płatki wiśni i zamknąłem okno. Czas iść spać. Wyłączyć się i czekać na jutro, mieć nadzieję, że będzie inne niż pozostałe dni. Lepsze.
Jest ktoś, kto na mnie jutro czeka. I nie są to groby moich przybranych rodziców.
Nie mogę go zawieść.


sobota, 28 marca 2015

Dane

Niektórzy są tacy pocieszni. Jak studenci, gotujący parówki w czajniku. Irytująco bezradni i niewinni, dzielą ludzi na dobrych i złych twierdząc, że każda kara ma źródło w grzechu. Tymczasem jest odwrotnie. To nie potwory trafiają do piekła-to piekło zmienia nas w potwory. Bo na początku wszyscy jesteśmy tak samo winni. 
Prawda?

Jedyne, co po nas zostanie, to zbiór danych.
Imię: Ace
Nazwisko: Dokusei
Danych ważniejszych, niż obiekt, którego dotyczą.
Numer: 1-066
Grupa: Intellectualium
 Żyjemy w piekle, które miało zdeifikować ludzkość.
Podgrupa: A
Jesteśmy produktem pychy. Jeżeli na świat zostanie zesłany potop, będzie to tylko i wyłącznie nasza wina. Bo istniejemy.
Próbują nas wmieszać w tłum, jednocześnie nas od niego oddzielając. Oddają nas normalnym rodzinom za grube pieniądze, by wysyłali nas do Ośrodków zamiast zwyczajnych szkół, a w wieku czternastu lat-do Centrów. Centra to takie Ośrodki, tylko że w nich koszmar nigdy się nie kończy.
Grupa naukowców wspieranych przez ogólnoświatowy rząd postanowiła zrobić wszystko po swojemu. Gdy ludzkość wbiła sobie nóż w plecy, gdy zaczęła dyszeć jak staruszka dotknięta gruźlicą, wpadli na genialny, w ich mniemaniu, pomysł. Nie zawracajmy sobie głów nadczłowiekiem. Stwórzmy kilka rodzajów ludzi, przeznaczonych tylko do określonych zadań. Doskonałe maszyny, dzieło uczonych-półbogów. Mnóstwo wysiłku, jeszcze więcej patosu. Zróbmy to, co dzieje się od ponad stu lat, tylko pomóżmy temu procesowi. Nauka robi niesamowite postępy.
-Zamieszkasz w pokoju 303 w sektorze G-powiedział wtedy ten łysy facet o najbardziej nijakiej twarzy, którą widziałem w życiu-Wiesz, gdzie to jest?
Trafiłem do Centrum cztery lata temu, gdy rodzice (przybrani, rzecz jasna) zginęli w wypadku. Jechali właśnie do szpitala. Mój przyrodni brat nigdy się nie urodził i nie wiem, czy nie jest to lepsze, niż...
-Ace? Słuchasz może? Czasem?
Gdybyś spojrzał na mnie i Aisuru, pomyślałbyś, że się przyjaźnimy. A ja bym się zaśmiał. To w pewnym stopniu prawda, ale...tu nie ma miejsca na normalne relacje. Zawsze tak uważałem. A może to ja jestem problemem.
W kategorii deprywacji i zaburzeń nasze słupki niemal sięgają szczytów diagramów. Sytuację Intelektualistów chwilowo poprawili Altruiści-nowy wynalazek, mający rozładować napięcie psychiczne. Wierni towarzysze, remedium na wszystkie problemy. Jak zwykle coś się zepsuło. Nie wytrzymywali, zaczęli doprowadzać i być doprowadzani do absurdu, zmieniać się w zawsze winnych masochistów i ludzi zbyt wrażliwych, by żyć.
Tylko w kategorii uzależnień od substancji wypadliśmy lepiej od Silnych-grupy o niesamowicie mocnych mięśniach, zaburzeniach pracy serca i zniszczonych ciałach. Bardzo wcześnie umierali, zgodnie z zasadą "szybko i krótko, wolno i długo". Chyba mają jeszcze gorzej niż my.
-Może czasem-odparłem, nawet nie spoglądając na Aisuru-Powtórzyłbyś?
Przekazał mi kolejny zbiór danych. Tylko tyle z nas zostanie. 
Kolor oczu: Zielone
Kolor włosów: Białe
To nie jest Centrum, do którego trafiłem cztery lata temu. Mieszkam tu od pół roku i czasami wydaje mi się, że jest dobrze.
Nasze okno wychodziło na podwórko. Właściwie to wszystkie okna. Kwitną wiśnie. Myślałem, że te zdjęcia, przedstawiające Japonię pokrytą różowym śniegiem to przesada i edycja, ale nie. Jest pięknie.
-Ai-zacząłem, wstając z łóżka-wychodzę.
-Poczekaj!-krzyknął, narzucając na siebie bluzę. To Centrum imitowało życie najlepiej, jak potrafiło. Nosiliśmy nawet różne ubrania.
Obejrzałem się. Biegł za mną po korytarzu.
- Jeśli dostaniesz karę, przynajmniej nie będziesz sam-szepnął.
Uśmiechnąłem się lekko. Może to ja jestem problemem. Może naprawdę jestem potworem, jak wmawiano mi przez cztery lata. Może inni naprawdę są...
Ludźmi?