sobota, 27 lutego 2016

Pakt z diabłem

No nieźle.
Mam w głowie trzy sowieckie bomby atomowe. Bolą, czerwone skurwysyny. Pękają. Fala uderzeniowa idzie po tętnicach.
No nieźle.
- Słucham? - szepnąłem z niedowierzaniem.
- Dobrze słyszałeś. Pojutrze Marco będzie martwy.
- Martwy. Zabijesz go?
Cholera, jakie inteligentne pytanie.
- Może tak - odparła, spoglądając z niechceniem na swoje pomalowane różowym lakierem paznokcie. - A może i nie. Może sam się zabije. Planuję to drugie.
No tak. Marco to dzieciak-weteran. Na pewno jest wyniszczony psychicznie, ale... Aż do tego stopnia? Że w dwa dni...?
- Dlaczego nie Olivera, hm? Wygląda na kogoś, komu nie kupowano pasków do spodni, bo by się jeszcze powiesił. Nawet jak na Artystę jest okropnie pierdolnięty, wydaje się mieć zaburzenia bipolarne. Dziwię się, że go nie wyeliminowano na wczesnym etapie badań. Przynosił jakiekolwiek zyski?
- Jakie to bezduszne z twojej strony! Okropny jesteś. Nie dziwię się, że nie masz przyjaciół. Nie pytaj, skąd to wiem, bo to oczywiste. Takie rzeczy widać.
-Touché.
Kręci mi się w głowie i nie mogę się skupić, na ułamek sekundy twarz Misy rozmywa mi się przed oczami. Nigdy tak nie reagowałem na brak snu. To przez ten pieprzony stres. Co z tego, że na stres też nigdy tak nie reagowałem. Zyski. W wieku Olivera powinno się już przynosić zyski. Tak, Artyści i Muzykalni mieli zdominować przemysł rozrywkowy, pompując pieniądze mas prosto do kieszeni grubych ryb show biznesu i świata sztuki. Głupie i naciągane? Może, ale tacy właśnie jesteśmy, zarówno normalni, jak i Produkty. Głupi i naciągani.
Zyski. Artyści czy Muzykalni nie dostaną z nich prawie nic. Produktom nie przysługują takie prawa, jak zwykłym twórcom. W Singapurze, Kanadzie czy Japonii jesteśmy stosunkowo dobrze traktowani. Ale w niektórych krajach-lepiej nie mówić...
- To jak, Ace? - wyrwała mnie z zamyślenia Misa - Zawieramy sojusz?
Jak ja mam jej okrutnie dosyć.
- Jak ja mam cię okrutnie dosyć. - powiedziałem na wydechu.
- Słucham?
Zalewa mnie mieszanina krwi i ropy.
- Mam cię strasznie dosyć. Jestem wyczerpany psychicznie, zirytowany i najchętniej rozbiłbym ci głowę o tę szafkę. Cóż, skoro jednak chcesz sojuszu, to go dostaniesz. Ale muszę cię o czymś poinformować.
- Zamieniam się w słuch!
Wziąłem wdech i spojrzałem na licznik. Dziewięć godzin, dwadzieścia siedem minut. Czuję się tak, jakbym w ciągu tych kilku godzin przeżył niemal tyle, co w ciągu całego życia. A przecież gra się jeszcze nie rozpoczęła.
- Jeżeli nie spełnisz swojej obietnicy - zacząłem nienaturalnie powoli - albo jakiejkolwiek złożonej później... Albo zawrzesz sojusz za moimi plecami... Albo... Albo będziesz działała na moją niekorzyść, zastrzegam sobie prawo do... do zabicia cię.
- Nie ufasz mi? - spytała z przymilnym uśmiechem
- A mam ku temu powody?
- Masz.
Nastała chwila niezręcznej ciszy, ale niezręcznej tylko z mojej perspektywy. We własnym, wprowadzanym w życie planie nie ma miejsca na niezręczności. Ona musi wiedzieć, co za chwilę zrobi. Ba, pewnie już wie, że za chwilę spytam:
- I co mi powiesz?
A ja, mimo różnych wątpliwości, wiem, że zaraz usłyszę:
- Dobrze. Umowa stoi. Nie będę cię dłużej męczyć, Ace. Wracaj do siebie, idź spać. Dobranoc!
-Tja - mruknąłem, przecierając szczypiące oczy- Dobrej nocy.

Wróciwszy do pokoju, rzuciłem się na łóżko myśląc tylko o tym, jak straszliwie chce mi się spać. Oczywiście, w tym momencie dorwała mnie okropna bezsenność.
Gapiąc się w szarawy sufit, postanowiłem ułożyć plan wydarzeń Tej Historii.

1. Ogłuszenie i porwanie "za grzechy". Może później zrozumiem, o jakie grzechy chodziło.
2. Spotkanie pozostałych czterech Produktów w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu. Znalezienie noża w kieszeni.

Sprawdzam, czy wciąż go mam. Check. To byłoby straszne, zgubić go na samym początku.

3. Znalezienie pokoju z okienkiem, opuszczenie go za pomocą kodu.
4. Wyjście na korytarz, otworzenie pokoi, ujebanie sobie ręki przez Olivera.

Sztucznie to brzmi, ten mój plan wydarzeń, ale reguły (nie mylić z zasadami!) są po to, by ich przestrzegać, a podstawowa reguła przy pisaniu wydarzeń brzmi: jak strona bierna raz, to już do końca. No, prawie tak. A w ogóle, to co mnie to interesuje, z reguły wyrażam się nienaturalnie. Tak przynajmniej słyszałem.

5. Zapoznanie się z zasadami "gry". Brak protestów, ku mojemu zaskoczeniu. "Zabijać? Dobra."
6. Zawarcie sojuszu z Misą.

To na razie tyle. Teraz pozostało tylko czekać na rozpoczęcie gry i na spełnienie obietnicy Misy.
Szczerze mówiąc to wątpię, żeby jej się udało. Szczerze mówiąc to wątpię, że ją zabiję.
No nic. Zostało mi tylko czekać. Skup się.
Nie, nie, cholera, nie skupiaj się, tylko zrelaksuj. Idź spać, jesteś w swoim kochanym, znienawidzonym Centrum. połóż się twarzą do ściany i idź spać. Sprawdź tylko kalendarzyk, o którym była mowa w regulaminie gry. Co dziś mamy? O, sobota. Świetnie.
Zaczynamy osiemnastego kwietnia.






piątek, 15 stycznia 2016

Niczego nie obiecuję

Misa uśmiechnęła się życzliwie. Położyła palec na ustach i machnęła do mnie ręką w geście "chodź za mną, wiem, gdzie mama chowa ciastka". Zarówno słodycze, jak i pakowanie się w dziwne sytuacje zawsze mnie bardzo pociągały, więc poszedłem.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Zamknęła za nami drzwi (oczywiście na klucz) i rozsiadła się na podłodze. Po dwóch niezręcznych sekundach zrobiłem to samo. Szczerze mówiąc, nie znoszę siedzenia na podłodze, wolę pufy, stoły, ławki i krzesła, na których zawsze podwijam pod siebie nogi w jakiś skrajnie nieludzki sposób. Siedzenie to w ogóle sprawa bardzo niezdrowa. W Ośrodku, do którego kiedyś uczęszczałem, dostałem raz karę za rzucenie podobnym tekstem. Najwyraźniej nauczyciele nie lubią, gdy na pytanie "Dlaczego chodzisz po sali?" dzieciak odpowiada "Czy pani w ogóle wie, jak siedzenie źle wpływa na układ krążenia? Na dodatek prowadzi do otyłości i...". Pamiętam, że nawet nie dokończyłem tego wywodu. Usłyszałem tylko nasączone jadem "Och. W takim razie postoisz sobie, tak dla zdrowia. Do końca dnia." Z reguły nauczyciele w Ośrodkach nie różnią się od tych w normalnych szkołach niczym oprócz wykształcenia i poglądów wystarczająco liberalnych, by traktować nas nieco lepiej od maszyn typu toster. Z szacunkiem. Jak na przykład PC. PC to Szanowna Maszyna przez duże "M". Ale zdarzali się i tacy, którzy patrzyli na nas jak na przyciski do papieru toaletowego.
Cholera. Znowu ten pulsujący ból w głowie. Spać. Spać.
Boli. Znowu się zawieszam. Boli. Nie mam sił, ból rozsadza mi czaszkę, wyjątkowo omijam ważny poziom wyczerpania psychicznego, czyli hiperaktywność. To naprawdę szczególny i widowiskowy stan, w którym okazuję się całkiem wesołą, przyjazną i przerażającą osobą. Polecam.
- Ace - zaczęła nagle Misa, spoglądając mi w oczy - musimy pogadać o czymś ważnym. Właściwie to chciałam cię o coś poprosić, ale musisz mi obiecać, że nikt nie dowie się o naszej rozmowie, dobrze?
Niemożliwe. Dopiero się uczy, to jasne. Jak każdy z nas, rozwija swoje niesamowite zdolności niszczenia świata. Ale ona już jest niesamowita w jakiś niewytłumaczalny sposób. Dostrzegam niektóre jej sztuczki, choć to pewnie maleńki ułamek tego, jak bajeruje wszystko. Absolutnie każdym gestem. Prośba o zachowanie rozmowy w tajemnicy powinna mnie zaniepokoić, prawda? Cóż, nie w wykonaniu Misy. Rzuca banałami, ale robi to tak, że ufasz jej bardziej niż własnej matce, imponującemu starszoklasiście czy samemu sobie.
- W porządku - odparłem. Wydaje mi się, że wiem do czego zmierza.
- Pewnie już się tego domyśliłeś, bo nawet jak na Intelektualistę jesteś wybitny. Chciałabym - tu na chwilę wstrzymała oddech. Nawet tacy ludzie czasami się wahają - chciałabym zaproponować ci swojego rodzaju sojusz.
No kto by pomyślał.
- Pochlebstwami mnie do sie... siebie nie przywiążesz, wiesz?
- Nie musisz być taki ostry, Ace - szepnęła, pochylając się w moją stronę. Nie potrafię tego wytłumaczyć. ale czuję, że to koniec, już mnie rozgryzła, wie jak działam i jak mi rozkazać, bym jej rozkazywał, bo na tym ma polegać współpraca, jak zawsze i wszędzie. Jest bardzo, bardzo, bardzo źle, bo popadam w panikę. Interesuję się neurobiologią, a co za tym idzie-również psychologią i psychiatrią. Częściowo rozumiejąc, co się ze mną dzieje, czuję się okropnie, jak zwierzę świadome prowadzenia na rzeź. Gość z wciskaną pod wodę głową. Taka świadomość powolnego umierania tu i teraz, bycia rozkładanym na części, bycia dla kogoś przezroczystym jak szkło. Mam lekką obsesję na punkcie kontroli nad sobą i sytuacją i naprawdę nie lubię, gdy ktoś mną manipuluje, nawet dla mojego dobra. Nie, nie jak każdy. Bardziej. Nie wytłumaczę, bo nie umiem. Nieważne.
-Spe... specjalnie czekałaś na ten moment. Kiedy będę okropnie zmęczony, nie?
-Co ty gadasz, Ace. Chyba jesteś zbyt podejrzliwy. Pomyśl trochę, przecież umiesz. Współpraca byłaby opłacalna dla nas obojga, prawda? To żadna manipulacja z mojej strony.
Przedostatni poziom. Agresja. Na razie pasywna, ale to się zaraz zmieni, zacznę rzucać ścianami, podpalać biurowce i wieszać noworodki.
Wstałem. Misa również. Oparłem się o ścianę, pochyliłem w jej stronę i wymamrotałem:
-Słuchaj. Jestem wycieńczony. Jeśli nasza współpraca ma polegać na tym, że pozwolisz mi teraz iść spać, to bardzo chętnie.
-Ace, to poważna sprawa.
-Tak? Dobrze. Co mi da taki sojusz? Jaki będę mieć z ciebie pożytek? Oświeć mnie, proszę.
Na jej twarzy pojawił się straszny uśmiech. Uśmiech kogoś, kto podczas słuchania oskarżeń na własnym procesie o morderstwa gładzi cudem przemycony pas szahida i przesuwa palec w stronę przycisku.
-Wbrew pozorom, potrzebuję cię. Mam pewne wzory działania, nieliczne, ktoś musi mi tworzyć nowe, tworzyć dla mnie plany. I będziesz to ty, Ace. Niczego nie obiecuję, ale jeżeli się postaram, to...
-To?
-To pojutrze Marco będzie martwy.

niedziela, 10 stycznia 2016

Small-talk

  Dodatkowe palce to, na swój sposób, piękna sprawa. Igła w rękach Koe tańczyła jak Masaj przyzywający deszcz. Wyjątkowe zdolności manualne, nawet jak na Muzykalną. Mam nadzieję, że nie włada równie dobrze innymi ostrymi narzędziami, bo mogłoby się to dla mnie bardzo przykro skończyć. Gdyby... 
Nie. Stop, ctrl+z, do tyłu. To nieodpowiedni moment na snucie czarnych scenariuszy, za wcześnie, za wcześnie na paranoję.
Za wcześnie na paranoję. "Za wcześnie na paranoję?" Za późno na takie gadanie. Ona już wykiełkowała. Rośnie z minuty na minutę, to wspólny nam wszystkim guz mózgu, zakaźny ropniak, czuję go przez ściany, zapach gabinetu weterynaryjnego, cichy zapach zwierzęcego strachu.
  Siedzę w pokoju Koe już od niemal pół godziny, a żadne z nas nie odezwało się ani jednym słowem. Dwudziesta ósma minuta. Szesnasta sekunda. Potrafię milczeć bardzo długo, nawet przebywając z kimś sam na sam. Zastanawiam się czasami, co ten ktoś o mnie myśli. "Upośledzony? W końcu laboranci też popełniają błędy... Nie, pewnie po prostu dumny cham!" A to nie tak. To nie tak, że kimś gardzę i uważam za niegodnego zaszczytu, jakim jest pogadanka ze mną. Ja najzwyczajniej w świecie nie radzę sobie ze small-talk. Pogoda? Wystrój miejsca, w którym się znajduję? "Często tu bywasz?" Co mam powiedzieć, oświećcie mnie! Albo i nie. Zawsze na zarzuty braku umiejętności konwersacji odpowiadałem taką krótką rymowanką :"Od strzępienia języków mamy Charyzmatyków". 
Rozmawiam zazwyczaj w jakimś celu i rzadko kiedy jest nim pragnienie kontaktu. Ace to osobnik dosyć niestadny. Pamiętam, że raz nie opuściłem pokoju przez trzy tygodnie i nie zamieniłem z nikim słowa. Jedzenie zostawiano mi pod drzwiami, materiały naukowe i testy dostawałem online, wykłady transmitowano do pokoi chorych uczniów. Bo nie tylko mnie rozłożyło. Sezon na grypę zbierał swoje żniwa. Chyba czterech Intelektualistów, dwunastu Silnych, sześciu Artystów, pięciu muzyków i siedmiu Charyzmatyków miało gorączkę, pluło płucami i wysmarkiwało resztki zblazowanych mózgów. Swoją drogą, czemu pamiętam takie pierdoły? Chyba dlatego, że rzadko choruję, jak większość Produktów. Prócz Silnych, ci zwykle z zarazami radzą sobie marnie. To cena, którą płacą za mglistą nadzieję, że nie zejdą w ciągu pierwszych dwudziestu lat życia na niewydolność… właściwie wszystkiego, czego tylko można. Jedyną mglistą nadzieję, czyli możliwość przeszczepu.
Wizja przeszczepów organów między Produktami a normalnymi wydała się zwykłemu, szaremu obywatelowi czymś groźnym, amoralnym i bardzo niebezpiecznym. Tłum woli się bać i krzyczeć, niż uczyć i myśleć, więc odpowiedzią na serię absurdalnych tez, publicznych protestów i falę propagandowego chuligaństwa było obniżenie odporności części Silnych. Wszyscy, albo prawie wszyscy, mamy tę samą grupę krwi i choć międzynarodowe prawo i związani z nim przedstawiciele władzy nie wypowiada się jednoznacznie w tej kwestii, większość krajów, dla świętego spokoju, zabrania tzw. "transfuzji międzyrodzajowych". Żaden problem, dzielni laboranci poradzili sobie z postawionym przez społeczeństwo zadaniem-rachu ciachu bam i bim macie jedną grupę krwi! Wy małe, kosztowne śmieci.
Gorzej miała się sprawa z przeszczepami innych tkanek. Tu trudniej o zgodność. Na którejś z licznych konferencji naukowych padł nieco cyniczny pomysł radzenia sobie z odrzucaniem organów dawcy: osłabmy układ odpornościowy potencjalnych biorców tak, by nie odrzucali przeszczepów. Ale i nie umierali, tego nie chcemy. Nikt nie lubi, gdy jego inwestycja albo gnije z niewydolności nerek, albo topi się przy byle przeziębieniu, prawda? Prawda. Trzeba więc jakoś temu zaradzić.
I na to znaleźli sposób. Tabletki z przeciwciałami, coś jak codziennie przyjmowana surowica. Nienabywalna odporność z zewnątrz. Szybko zwiewająca po ukończonej robocie ekipa ratunkowa.
Do wdrożenia projektu w życie przygotowywano się dosyć długo. Rozpisawszy dokładny plan produkcji, podzielili Silnych na dwie części, w stosunku jeden do czterech. Te dwadzieścia pięć procent wybrańców, bunkrów antychorobowych skazanych na przerosty lewych komór, miało uformować najróżniejsze oddziały wojskowe stacjonujące w klimacie okołorównikowym. Tam, gdzie każda upierdliwa, gryząca mucha przynosi śmierć w męczarniach. Resztę czekały wojny na Bliskim Wschodzie, działania na terenie Chin i Rosji, a tych najszczęśliwszych-powolne niszczenie mózgu przez kolejne ciosy zadawane na ringu czy boisku. Bo to oczywiste, że Siłaczy szybko zwerbowano do zabawiania spragnionego krwi tłumu. Chleba i igrzysk, burgera i walk w kisielu. Nic się nie zmienia.
-Jednak jesteś bardzo dziwny, Ace. Myślałam, że zabawisz damę, a tu co?
-Wy… wybacz. Odpłynąłem.
-No właśnie widzę. Często ci się to zdarza, nie?
Oderwałem wzrok od licznika i odwróciłem się twarzą do Koe. Nerwowy uśmiech i smutne oczy. Nigdy nie widziałem takiego wyrazu twarzy. Moja inteligencja emocjonalna jest na, powiedzmy, bardzo przeciętnym poziomie, więc skoro to zauważyłem, nie, zauważam za każdym razem, muszą przez nią przebijać naprawdę silne emocje. Zacząłem się zastanawiać co decyduje o "nastroju" czyichś oczu. Kąt, napięcie otaczających mięśni, szerokość źrenic, nawilżenie rogówki? Zazwyczaj zadowalała mnie ta myśl i pragnąłem ją jedynie rozwinąć. Ale czasami, czasami chciałem wierzyć, że to nie tak. Jest coś jeszcze. Równie prawdziwego, ale mniej empirycznego.
-Ha? Yyy… tak. Patrz: przykład powyżej. Ale czym ja bym miał zabawiać damę?
-Wtedy- odparła, spoglądając w ten specyficzny, lekko matczyny sposób. Jak Haigo- Wtedy nic o sobie nie powiedziałeś. Tam, na początku. A szkoda. Jeżeli to nie problem...
-Jasne. Rozumiem.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem recytować. Podstawowe informacje. Wyuczony biały wierszyk o zainteresowaniach, Centrach i Ośrodkach, wypadku Tomasa i Haigo. Koe słuchała z uwagą i takim lekkim niedowierzaniem, jak słucha się dziecka tłumaczącego skąd ten smród papierosów.
-Przykro mi z powodu twoich rodziców.
-Nieważne. Było, minęło. I tak bym już ich pewnie nie zobaczył.
Nagle przestała szyć,  odłożyła przybory na szafkę i wstała, w tym geście brzmiało poirytowane"przepraszam, potrzebuję przerwy."
-Też bym chciała. Też bym chciała umieć tak myśleć. Jesteś... Nie, nic. Nie mam prawa cię oceniać, nie?
Podeszła w stronę drzwi i zawróciła. Przeciągała się idąc i strasznie chrupała kośćmi, aż mnie dreszcz przeszedł. Nienawidzę tego dźwięku od małego, a słyszałem go, niestety, często. Haigo lubiła sobie pochrupać szyją.
-Wiesz, co mnie smuci?-rzuciła nagle Koe nieco pogodniejszym tonem-Że przez to durne porwanie i jeszcze durniejszą gierkę nie dokończyłam jednej świetnej książki.
-Książki? Jakiej?
Gdy zaczęła opowiadać o jakimś stosunkowo, podkreślam, stosunkowo ambitnym romansidle, mogłem więc tylko potakiwać i jej słuchać. Płynnie przechodziła na inne dzieła tego samego autora i jej "wysłuchiwany" ze skupieniem monolog trwał. Uff, co za ulga!
Po dwóch godzinach wychodzę. 
-Do...dobranoc. Bardzo dziękuję za pomoc.
-Nie ma za co. Ustalaliśmy jakieś grupowe spotkanie?
-Nie. Chyba...
-A. W takim razie, do zobaczenia!
Wychodzę. Chyba chciała mnie po przyjacielsku objąć lub choćby podać rękę, ale ups, uciekłem, pocąg odjechał, statek odpłynął, odpłynął ku upragnionej samotności. Na korytarzu pachnie spokojniej. Wszystko rusza. Rusza z miejsca, zaciskam palce na koszulce, nareszcie mój rozmiar. Czas spać.
-Ace.
Przeszedł mnie dreszcz. Powietrze znów jest ciężkie od strachu.
-Chodź, Ace-Misa dotknęła mojego barka-jeśli nie jesteś zbyt zmęczony, chciałabym z tobą porozmawiać.
-Jasne-odparłem.
Chyba w tym miejscu nigdy się nie śpi.

środa, 18 listopada 2015

Zdrajcy giną marnie

Chyba tak. Nie wiem, co to jeszcze może być.
Mam dosyć cienką skórę, przez którą prześwituje zarys małego kwadracika i ledwie widoczne światełko. Dioda?
Ciekawe, czy gdybym to usunął…
Stop. Pomyśl chwilę, idioto. Ktoś, kto odpowiada za tę chorą grę, idealnie wszystko rozplanował. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oczywiście, w tym systemie muszą być luki, ale raczej nie tak oczywiste.
Prawda?
Spojrzałem na ścianę z ekranem i licznikiem.


Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 8h 32min 15s
Przeżyty czas: 8h 32min 15s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0

No, trochę już tu siedzę.
Skup się. Albo nie, nie. Zawsze gdy przytłaczają mnie myśli i niepokój, automatycznie mówię sobie "skup się". A potem się poprawiam. Nie skupiaj się. Zrelaksuj się. Nic nie przychodzi mi tak łatwo, a jednocześnie nie morduje mnie tak jak myślenie. Koniec, stop. Error 404. Abort mission, nie skupiaj się. Za nic nie myśl, wyłącz się.
Chciałbym tak.
Ok, powinienem powymyślać zadania dla Olivera. Jak najbardziej różnorodne, żeby go przygotować. To sprawa czysto techniczna, sprawa znajomości schematów. Pozostanie takim idiotą, jakim był, tylko nieco bardziej doświadczonym.
-Pierdolę-mruknąłem. Nie mam na to siły i ochoty. Później się tym zajmę. Może.
Kiedy doszło do tego wypadku, kiedy temu debilowi urwało rękę, TO wróciło. Na szczęście udało mi się TO wyprzeć. Cholera, cholera, cholera. To wspomnienie dokładne jak film.
Chciałbym sobie amputować umysł.

* *

Wyparcie lub represja (od łac. reprimere, odpierać, odpychać, tłumić) to jeden z mechanizmów obronnych znanych w psychologii. Polega na usunięciu ze świadomości myśli, uczuć, wspomnień, impulsów, fantazji, pragnień itp., które przywołują bolesne skojarzenia lub w inny sposób zagrażają spójności osobowości danej jednostki.
Wydawało mi się, że to wyparłem. Najwyraźniej niezbyt skutecznie.
Czasami miewałem koszmary. Czasami ktoś wspomniał o przybranych rodzicach i obrazy napływały jedną, krótką falą. Nie do końca udane, choć mimo wszystko skuteczne wyparcie-TO nie opuściło mojej świadomości, ale rzadko mnie dręczyło. Nie wiem, jak to ująć.
Bolesna świadomość prawdy.
Moi opiekunowie, Haigo i Tomas, wcale nie zginęli w wypadku po drodze do szpitala. 
Nie wiem czemu, zawsze uważałem się za sierotę. Technicznie to niemożliwe-nigdy nie miałem rodziców, więc jak mógłbym ich stracić? Częściowo pozbawiona genomu komórka jajowa jakiejś pani-gotowej-na-wszystko-dla-nauki i syntetyczny plemnik. Tyle. Owszem, miałem Haigo i Tomasa, opiekowali się mną przez lata, dawali mi niemal wszystko, czego potrzebowałem, z miłością na czele. Ale nie potrafiłem wykrztusić słów "mamo" czy "tato". Jednak nastał taki dzień, w którym zrozumiałem, co naprawdę oznacza osierocenie.
Dwunasty marca. Wysiadłem wraz z Odprowadzaczem z autobusu, którym wożono produkty do i z Ośrodków (taka idealnie chroniona wersja szkolnych gimbusów. Nie będę się nad tym rozwodził, dodam tylko, że szanse niewrócenia do domu wynosiły zaledwie 4,5%, m.in. dzięki wykwalifikowanym ochroniarzom oddającym nas bezpośrednio w ręce przybranych rodziców.) Coś mi nie pasowało. Dziwne przeczucie. Czasem się nad tym zastanawiam, co mi nie pasowało. Zapach, gęstość powietrza, cisza? To bez znaczenia.
Drzwi domu były otwarte. W sensie, nie zamknięte na klucz. Ze środka nie dobiegał żaden dźwięk.
-Coś się stało-powiedziałem. Przytaknął. Miał jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu i budowę porządnej szafy. Często mnie odprowadzał. Jak się nazywał? Jason? Chyba tak. Pochodził z wielodzietnej nigeryjskiej rodziny, skończył studia, służył w wojsku. Porządny facet, nie?
Weszliśmy jak najciszej się dało i skierowaliśmy się w stronę salonu. Chciał mnie wypchnąć, ale byłem już w środku.
Na dywanie leżała Haigo w wielkiej kałuży krwi. Sprawca chyba coś w niej umoczył i napisał na ścianie:
Z D R A J C Y   G I N Ą   M A R N I E
To chyba dużo ran zadanych ostrym narzędziem, plus jedna wielka rana tułowia. Jakiś starszy kolega z ośrodka mnie tego nauczył-rozpoznawania…Nieważne. Przyjrzałem się dokładniej. Obok rozprutego brzucha Haigo leżało. Leżał, leżało. Ewentualnie leżała, ale raczej nie.
-Ace! 
Leżał mój przyszły przybrany braciszek.
-Ace!
Kręci mi się w głowie, ale to jeszcze nie kolory. Na kolory muszę poczekać. Nie wolno mi jej dotykać. To miejsce zbrodni, miejsce kredy i taśmy z napisem "ZAKAZ WSTĘPU". Miejsce zdjęć i policyjnych mundurów.
-Ace! Stój!
Nie wiem, jak to zrobiłem, ale Jason nie zdążył mnie zatrzymać. I nie zaczął mnie gonić gdy pobiegłem po schodach. Po drodze dwa razy się wywaliłem. Drżącą ręką otworzyłem gabinet Tomasa. Wiedziałem, że tam go znajdę.
Nie pomyliłem się.
Leżał. Na drewnianej podłodze, pomiędzy biurkiem a drzwiami, z raną postrzałową na środku czoła i otwartymi, zastygłymi w zaskoczeniu oczami.
-Wynocha, wynocha! Wynocha, obrzydliwe robale!-darłem się, odpędzając od niego muchy. To musiało się stać jakiś czas temu, skoro już...
Sprawca wlazł przez okno. Dezaktywował system bezpieczeństwa. Nie znałem się na tym, ale musiał mieć jakiegoś wspólnika lub wybrać odpowiednią porę, kiedy nikogo nie ma w pobliskich domach, bo niezależnie od tego, jak dobrym informatykiem…
Wtedy uderzyła mnie ta myśl. Wszyscy nasi sąsiedzi pracują w bardzo różnych godzinach, a pani Goldberg jest gospodynią domową. Domy wokół nie mogły stać puste. A to może, choć nie musi oznaczać zmowę.
Zmowa.
Terrorystyczny atak, wynikający z nienawiści do produktów i osób, które zgodziły się przejąć nad nimi opiekę. To się często zdarza. Na przykład teraz. I możliwe, bardzo możliwe, nie jestem detektywem, a nawet gdybym był, to mógłbym się mylić, możliwe, że nasi sąsiedzi na to zezwolili. Niema zgoda. Niema zgoda tych wszystkich fałszywych ludzi, którzy się z nami witali, rozmawiali, zapraszali na chrzciny dzieci, dawali mi słodycze na Święta.
Najwyraźniej zdrajcy nie giną marnie, tylko starzeją się spokojnie i komfortowo.
Kłamcy.
-Kłamcy, kłamcy, oszuści, sztuczni, sztuczni ludzie!
Mój wrzask najwyraźniej zwabił tu Jasona. Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem kogoś, kto za chwile pęknie. Tornado w szklance.
Upadłem na kolana i schyliłem głowę. To dzień mojej śmierci i moich narodzin. Wymiana względnie niewinnej wersji beta na to, co widzę teraz w lustrze.
-Wiesz co, Jason?-zacząłem bezbarwnym głosem-zawsze myślałem, że jestem sztucznym człowiekiem. A teraz wydaje mi się, że to nie ma znaczenia, skąd się wziąłeś na świecie i czy jesteś tylko eksperymentem, jak ja, czy też normalnym człowiekiem jak ty. Sztuczność to cecha nabyta.
Teraz uważam tamte słowa za trochę żałosne. I gówno mnie to obchodzi, przecież mimo ponadprzeciętnego intelektu i wiedzy, mimo postawionych przede mną przez cały świat oczekiwań, byłem po prostu jedenastoletnim chłopcem, który właśnie stracił dwie najbliższe, najcenniejsze, najukochańsze osoby. A może nawet trzy.
Odprowadzacz stał i patrzył na mnie w milczeniu. Po kilku sekundach podszedł do mnie z bladym uśmiechem, delikatnie objął ramieniem i wyprowadził z gabinetu.
- Zadzwoniłem po B-policję. Powiedzieli, że za chwilę przyjadą, a ja mam zabrać cię do domu. Ok?
Kiwnąłem głową. Chciałem coś powiedzieć, ale ścisnęło mi przełyk. Woda w płucach i dym w głowie. Nie mogłem iść. Musiał mnie nieść.
Nie wiem, kiedy ich pogrzebano, bo przez kilka dni spałem i straciłem rachubę czasu. Nikogo o nic nie pytałem, nikt mi nic nie mówił. Mieli dużo pieniędzy, a babcia Tomasa, ledwo dysząca staruszka, kazała im sprawić piękną ceremonię pożegnalną. Nie miała sił, by się mną opiekować, ale spędziłem u niej jakieś dwie doby. Karmiła mnie, próbowała rozmawiać i kupiła mi elegancki garnitur. Kiedy go zobaczyłem to pomyślałem, że właśnie w czymś takim chciałbym zostać pochowany.
Były tłumy, dobrej jakości trumny, świetnie urządzona stypa. Podchodzili do mnie różni dorośli, identyczni, bez twarzy.
-Biedne dziecko-mówili, a w zarobaczałej głębi się uśmiechali albo, w najlepszym wypadku, mieli mnie gdzieś. Wiem to.
Jak na filmach, padał wtedy szary, zimny deszcz.

* *

"Ktoś mnie uratował" pomyślałem, usłyszawszy pukanie do drzwi
-Proszę!
Do pokoju wszedł Marco z małą latareczką. 
-W sumie trochę z opóźnieniem-zaczął-ale postanowiłem ci to dać. Zawsze mam jakąś dodatkową w kieszeniach kurtki lub bojówek.
Rzucił na moje łóżko zawiązaną na gumkę, zwiniętą w mikro rulon koszulkę.
-He? A, racja. Pożegnałem się ze swoją koszulą chwilę po tym, jak Oliver pożegnał się z ręką.
-Zapomniałeś, że latasz półnagi?
-Właściwie to raczej ćwierćnagi. Dzięki! Czyżbyś się bał, że zmarznę?
-Nie. po prostu mam dość twojego cherlawego torsu.
-No ja wiem, że cię rozprasza, nie możesz oderwać wzroku.
-Jesteś zabawny jak zwykle, Dokusei. A może nawet bardziej.
-Skąd wiesz, jak zabawny jestem zazwyczaj?-buknąłem-Znamy się od kilku godzin.
-Nie szkodzi.
-Dzięki za namiot, Marco. 
-No może i jest z trzy razy za duża, ale powinieneś być mi wdzięczny.
-Przecież jestem.
-Skurwiel.
I wyszedł. Już za drzwiami dodał:
-Koe chyba ma igłę i nitkę, może ci to zmniejszyć. Nie śpi, jakby co. 
-Skąd to wiesz?
Nie odpowiedział. Nie, żebym go o coś posądzał, ale…
Chwilę później pukałem do Koe.
-Cześć. Mo…mogłabyś mi to zmniejszyć?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Trzeba się wytłumaczyć.
-Mar…Mar…Marco powiedział, że masz przybo…bory do szycia i nie śpisz, to pomyślałem, że…
  Nawet sobie nie wyobrażasz, jak chciałem się wtedy pierdolnąć w czoło.
Niby tam kiedyś chodziłem do logopedy. Nie tylko przez jąkanie, ono nadeszło później. Skutek traumy. Ale od najwcześniejszych lat brzmiałem jak rodowity Anglik z ustami pełnym kaszy niezależnie od języka, jakim się posługiwałem. Teoretycznie się poprawiłem, ale Koe pewnie miałaby inne zdanie na ten temat. Niektórzy ludzie przeszywają cię wzrokiem. A niektórzy patrzą tak, że przez wszystkie nerwy zaczyna ci przepływać zimny prąd. Sto tysięcy wolt w każdym nerwie mojego ciała, ja wiem gdzie mam nerwy, poczułem je wszystkie na raz w ciągu ułamka sekundy. No i Koe to taki człowiek. Sparaliżowała mnie.
-…że…słuchaj, czy mogłabyś mi to zmniejszyć?
Podano surowicę, neuropatogeny zneutralizowane, porażenie ustąpiło. Odzyskałem mowę, przynajmniej częściowo. Chyba zaczynam rozregulowywać się psychicznie. Nie za wcześnie na to?
-Co to za szmatsko?
-Co to za brak szacunku wobec koszulki Marco?
-Ok, rozumiem-zachichotała-siadaj. Masz coś do cięcia? Jakieś nożyczki, cokolwiek ostrego?
-Nie.
Dobrze schowałem mój nożyk. Czuję, że jeszcze mi wielokrotnie uratuje życie. Jeżeli Marco okaże się godny zaufania i chętny do współpracy, mogę go poprosić o kilka lekcji walki na noże i…
-No to chwilę to potrwa, trzeba rozpruć wszystko igłą. 
-Okay.
-Siadaj-rzuciła, pokazując palcem na swoje łóżko. Jak dla mnie niezręczna sytuacja. Nie, żebym coś sugerował, ale.
-O…Okay.



sobota, 25 lipca 2015

Rosyjska ruletka

Cienka kartka z kredowego papieru, gdzie nie gdzie zamoczona łzami Misy.
Przełknąłem ślinę, wyłączyłem wszystkie emocje i zacząłem czytać.
Teraz trzeba się skupić.

Prawa Rządzące Grą

1. Za żaden czyn popełniony podczas gry graczom nie grożą konsekwencje prawne.
2. Gracz nie może zrezygnować z gry, a jedynym sposobem na jej zakończenie jest wyłonienie trójki zwycięzców
3. Gracz, który podczas rozgrywek drużynowych będzie działać na szkodę drużyny, zostanie ukarany. Kara zależy od powagi przewinienia.
4. Poza rozgrywkami drużynowymi powyższe prawo nie obowiązuje, a gracz gra w trybie indywidualnym

Zasady Gry

Od poniedziałku do piątku (w szafkach graczy znajdują się kalendarze elektroniczne) odbywają się rozgrywki-każdego dnia po trzy konkurencje z pięciu dostępnych (artystyczna, muzyczna, fizyczna, a także zadania intelektualne lub związane z inteligencją emocjonalną). Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najwyższy wynik, zostanie nagrodzony.

Niesamowite, taka sprawiedliwość i wspaniałomyślność.

Gracz, który w ciągu pięciu dni rozgrywek uzyska najniższy wynik, zostanie wyeliminowany. Może też podjąć się Losowego Wyzwania w sobotę. Losowe Wyzwanie może być dowolną konkurencją, ale na poziomie wyższym niż konkurencje trwające w ciągu tygodnia. Wynik Losowego Wyzwania przesądzi o życiu lub śmierci gracza. Jeżeli kilku graczy osiągnie ten sam, najniższy wynik, to podejmują się Losowego Wyzwania. Gracz, który uzyskał najniższy wynik w Losowym Wyzwaniu, zostanie wyeliminowany. Jeżeli do 24.00 w sobotę nie uda się rozstrzygnąć gry, ginie dowolna liczba graczy o najniższym wyniku w Losowym Wyzwaniu.

-Czy to jest…-wyszeptała przerażona Koe
-Tak-odparłem-Tak. To gra, w której karą jest śmierć, a najwyższą nagrodą życie. Taka skomplikowana rosyjska ruletka.
-Czytaj dalej!-burknął Marco. Po szkoleniu wojskowym umiał trzymać nerwy na wodzy, ale teraz zupełnie się rozpadał.
W końcu jesteśmy tylko dziećmi, prawda?
-Dobra, czytam.

(tu: grupa C) Po trzech tygodniach pozostali przy życiu gracze zostaną przeniesieni do innej grupy, gdzie rozgrywka się powtórzy. Podczas gry w trybie indywidualnym gracz może podejmować działania uważane za amoralne i niezgodne z prawem. Jeżeli w wyniku takich działań przed upływem trzech tygodni przy życiu zostaną tylko dwaj gracze, zostaną oni przeniesieni do innej grupy tak, jak stałoby to się po upływie trzech tygodni. 

Oliver zerwał się z łóżka, krzycząc z bólu, i skoczył w stronę drzwi.


Ucieczka z miejsca gry jest niemożliwa, jednak gdyby wbrew wszystkiemu miało do tego dojść, dezerter zostanie natychmiast uśmiercony. Szanse zakończonej sukcesem ucieczki są równe absolutnemu zeru.

Marco przytrzymał Olivera w drzwiach i siłą zaciągnął go z powrotem.

Gdy przy życiu (ze wszystkich grup) pozostaną trzej gracze, gra zostanie zakończona, a zwycięzcy trafią do wybranego przez siebie miejsca po uprzednim usunięciu wspomnień związanych z grą. Niestety nie zostaną usunięte żadne inne wspomnienia, nawet na usilne prośby zwycięzców, by możliwie zmniejszyć  ingerencję w psychikę i budowę mózgu graczy.

Niemal każdy aspekt gry został omówiony. To dobrze, lubię precyzyjne instrukcje, dzięki nim nawet masowe morderstwa stają się łatwe, jak składanie mebli z Ikei. Nie myślcie sobie, że jestem stuprocentowo racjonalną maszyną, gotową zabijać, by przeżyć. Ja wybuchnę, ale to potem. Nie wytrzymam, załamię się i zwariuję.
A wtedy już nic mnie nie powstrzyma. Wiem to z doświadczenia. Doświadczenia, które bardzo, ale to bardzo chciałbym usunąć. Ciekawe, czy zgodziliby się, gdybym zabił wszystkich…Zaraz, stop, nikogo nie zamierzam zabijać, chcę ograniczyć tę czynność do minimum.
Mam wystarczająco dużo krwi na rękach.
-Czy to wszystko?-zapytała Koe. Miała roztrzęsiony głos, ale twarz obojętną. Pewnie nie mogła zaakceptować tego, co właśnie usłyszała. To nie może być prawda, myśli. Znam to uczucie, kiedy wszystko staje się jak…gra. Odległe i nieprawdziwe. Gra wideo to najlepsze porównanie. Rozumiecie, o czym mówię, prawda?
-Rozejdźmy się, co?-Misa przerwała niezręczną (tym razem nie zrobiłem tego specjalnie, przyrzekam!) ciszę-To jest…ech…cóż...musimy to przetrawić, nie?
Charyzmatycy to jednak bardzo przydatni ludzie. W milczeniu opuściliśmy pokój Olivera.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował-powiedziałem wychodząc-zapukaj w ścianę przy łóżku. Mieszka tam Misa. Przyprowadzi mnie, żebym ci pomógł. Dobra?
-Ace…-zwrócił się do mnie po imieniu, kroi się coś poważnego -Możesz tu proszę na chwilkę zostać? Chciałbym z tobą porozmawiać…
Usiadłem na krawędzi jego łóżka.
-No? O co chodzi?
-Nie umiem rozwiązywać zadań intelektualnych-zaczął, drapiąc się po głowie.
-Racja, to widać. Z myśleniem bywa u ciebie różnie.
-A nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez własną głupotę zadania fizyczne…rozumiesz-westchnął, wymownie spoglądając na kikut ręki.
-Pierwsza gra już pojutrze. Przecież nie zdążę cię nauczyć logicznego myślenia…Masz spore zdolności manualne, to dobrze wpływa na mózg. ale jeżeli nigdy nie robiłeś żadnych zadań czy coś…
-Przygotuj mi! Przygotuj, przygotuj! Przecież umiesz, prawda?!-zawołał, trochę głośniej, niż należało. Za ścianą mieszkała Misa. Wolałem, by wiedziała jak najmniej. Język to w końcu najskuteczniejsza broń człowieka, a ona posługiwała się nim jak nikt inny.
-Zadania?
-Tak! Będę rozwiązywał cały dzień! W zamian…w zamian dam ci lekcje rysunku. Ok? Ok?
Wyglądał jak dzieciak, przyłapany na wykradaniu ciasteczek z puszki. "Podzielę się z tobą, ale nie mów mamie!" Przestraszony i pełen naiwnej nadziei. W sumie…przydadzą mi się jego lekcje. Nie rysowałem od czasów pobytu w pierwszym Centrum. Kopę lat.
-Dobra. O której mam przyjść?
-Jak wstaniesz to przyjdź i mnie obudź.
-W porządku.
Chyba nie będę dziś spał.
-Muszę zerknąć jeszcze raz na twoją rękę. Byłą rękę.
-Nie znudzi ci się, co? Cholerny skurczybyk…
-Dobra, dawaj tego kikuta. Gdzie położyłeś maść?
-W szufladce-odparł, wskazując głową na stolik nocny.
-Dziwię się, że nie masz gorączki i…no, tego…ogółem sobie radzisz.
-Mam bardzo wysoki próg bólu-odparł z uśmiechem-Jak większość artystów, ale ty to pewnie wiesz.
Wiem. Żeby nie chcieli robić sobie krzywdy. Bez sensu, szanse poważnego uszczerbku na zdrowiu…No, z sensem czy bez, grunt, że w miarę skuteczne. Brak logiki nie zawsze równa się nieskuteczności. Zwłaszcza w naszej rzeczywistości…
Krew zakrzepła i przestała ciec. Zapomniałem powiedzieć, że rany Produktów goją się szybciej, niż u innych ludzi. Z reguły. W przypadku Olivera tak było. Kazałem mu zagryźć kołdrę, żeby się nie darł i posmarowałem go maścią. Podarliśmy jego czyste prześcieradło i założyłem u nowy opatrunek. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić.
No nieźle-westchnąłem, leżąc już w moim nowym łóżku.
Dziwię się, że nikt nie zaprotestował. Niema zgoda na udział w krwawej gierce. Nikt nie powiedział ani słowa. Nikt nie próbował znaleźć innej drogi. Może tak nas wychowano. Może to dla nas naturalne-nasze życia znaczą tyle, ile istnienie zaawansowanych programów komputerowych.
Drogie, ale bezwartościowe. Rozumiecie.
Kiedy chciałem podrapać się po kostce, zauważyłem  t o.
Jak mały kawałeczek metalu.
Chip?






czwartek, 23 lipca 2015

Wstęp do zasad

Nikt nigdy nie był mi tak wdzięczny, jak oni teraz. Po prostu pootwierałem im pokoje. Cała podejrzliwość wyparowała z nich w momencie, gdy ujrzeli czystą pościel. W sumie-nie ma co się dziwić, po wypadku z bombą w zamku opuściły nas resztki sił. I coś jeszcze.
Czułem, że ten wypadek, ta pierwsza strata, taki krwawy chrzest, wepchnęły nas na drogę, z której nie ma odwrotu. Mam słabą intuicję, ale to wiedziałem. Chyba właśnie wiedziałem, a nie czułem.
-Doookuuuseeeeiiii!-zajęczał Oliver, leżąc już na swoim łóżku-Daj mi, proszę...jeszcze jednego procha…
Wbiegłem, potykając się o próg, i usiadłem na podłodze, koło jego szafki.
-Nie mogę. Dopiero za dwie godziny…Jak tam? Krwawisz jeszcze? Uciska cię opatrunek?
Oby uciskał. Jakimś cudem nie rozerwało mu tętnicy na strzępy, ale wiadomo, i tak krwawiła spektakularnie.
A ja zdążyłem już porządnie zmarznąć. 
-Tja. Ale chyba jakoś mniej.
-Rze…rzeczywiście. 
Spojrzał w sufit i westchnął głęboko.
-Powiedz mi szczerze, Dokusei…Czy ja umrę?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz pewnie przytoczę kilka ulubionych żartów. Śmierć bywa bardzo zabawnym tematem, jeżeli umiesz do tego odpowiednio podejść.
-Czy ja umrę, Dokusei?
-A, to z pewnością. Ale cię rozczaruję, bo raczej nie zrobisz tego teraz. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Rozśmieszyła mnie ulga wymalowana na jego twarzy.
-Kiedy mówiłem, żebyś mnie zabił-zaczął, znów wgapiając się w jasnoszary sufit.
-Taak? Pamię….pamiętam to, kontynuuj.
-Nie chciałem tego. Nie chciałem umierać.
-Cóż za niespodzianka, doprawdy. 
Odwrócił się znów w moją stronę i spojrzał mi w oczy z dziwną dla niego powagą.
-Obiecaj mi coś.
No nieźle. Szósta godzina gry, nie znam zasad, ale zawieram sojusze.
-Jeżeli nie będziesz musiał mnie zabijać…Nie rób tego. Choćbym płakał i błagał, nie rób tego. Jest ktoś, ze względu na kogo nie mogę sobie ot tak umrzeć. Jeśli nastąpi taka konieczność…Zrób to. Ale będę się bronić, ostrzegam.
Zamknął oczy, by się nie rozpłakać.
-Wiesz, Spence, co mnie zawsze bawiło?-postanowiłem mówić do niego po nazwisku, jak on do mnie.
Popatrzył na mnie z uwagą.
-Mówi się 'ja umieram, ty umierasz, on ona umiera'. Jakby to była czynność wykonywana przez mnie, ciebie, jego, ją. A przecież umierający nie jest tu wykonawcą czynności, prawda?
-Ale się wzruszyłem! Te, Srakrates! Ja tu wstrząśnienie mózgu mam! Posłuchaj...
Marco stał w drzwiach, trzymając się za obolałą głowę. Gdyby cokolwiek w niej miał, dawno by to uszkodził.
-Wstrząśnienie czego, Marco? Jest czym wstrząsać? Nieważne, zaczynało mi brakować tego wyrafinowanego poczucia humoru. Wciąż się zastanawiam, jakim cu…cudem twój zakuty łeb nie uszkodził ściany?
Nie myślcie, że każdy Intelektualista 'żartuje' jak ja. Albo że w ogóle żartuje. Po prostu wychowałem się w bardzo ironicznej, złośliwej rodzinie i starczyło mi bystrości, by tym nasiąknąć. Poczucie humoru to cecha nabywana przez całe życie, zależna od inteligencji i środowiska. Jestem więc skazany na kiepski sarkazm i nic na to nie poradzę.
Marco prychnął i podrapał się po szyi.
-Dasz mi procha?-zapytał.-Sam wiesz, że mocno przywaliłem.
-W sumie mogę ci dać, ale ca…cała tabletka to chyba za dużo. Przełamiesz na pół?
-W porządku-burknął-A, przy okazji, Misa coś znalazła. Chce nam o tym opowiedzieć.
-Hmmm…Po…poproś ją, żeby przyszła, bo my nie damy rady. Taka nie…niezręczna sytuacja!
-Zamknij się wreszcie, Dokusei!-warknął Oliver, szturchając mnie, żebym przestał się śmiać.
Beznadziejnie suche, nawet jak na mnie.
-Straszny z ciebie psychol, Dokusei-westchnął Marco, opierając się plecami o ścianę-Myślisz, że tego nie widać? Myślisz, że nie widać, że nie jesteś normalny? Że zabijałeś ludzi?
-Bo tobie tego zdecydowanie nie widać, Marco! Zwłaszcza numeru oddziału na nadgarstku. M419 to bynajmniej nie saperzy czy oddziały zwiadowcze…
Przycisnął mnie do ściany i zaczął dusić. Wisiałem jakieś piętnaście centymetrów nad ziemią i powoli ciemniało mi przed oczami.
-Jesteś bezczelnym śmieciem i…

                                                                           * * *

-…nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile osób modli się, żebyś zdechł jak najszybciej, albo, co lepsze, nigdy się nie narodził. A wróć, ty się nigdy nie narodziłeś, jesteś pieprzonym produktem z inkubatora-wysyczał Rzeźnik.
Tak Go nazywam. Tak Ich nazywam. Kopniak, z ust wylewa mi się kolejna porcja krwi. Moje wnętrzności zmieniły się w bezkształtną papkę, farsz do pierogów. Nie zabije mnie, nie może, moje życie jest warte o wiele więcej, niż ich wszystkich razem wziętych.
Albo, jak spojrzysz na to inaczej, nie jest warte absolutnie nic.
-Je…jeże…jeżeli mnie za…
-Co tam gadasz, gówniarzu?-Zapytał, pochylając się nade mną.
-Jeżeli mnie za…bijesz…-wycharczałem, siląc się na złośliwy półuśmiech-to zde…zdechniesz jak pies, zanim zdą…zdą…zdążysz się obej…rzeć. Jes...teś tylko kolejnym śred…średnio użytecznym osił…kiem, poganiaczem byd…ła, narzędziem prostszym od cepa, które moż…na zastąpić czymkolwiek. Myślisz, że ktoś się za…zawacha, zanim złamią ci krę…kręgosłup?-zakrztusiłem się krwią-Przecież szko…szkoda nabojów na ciebie, nie będą strzelać.
Zachowałem się jak idiota? Może. Nie, na pewno. Bo, widzicie, ja zawsze byłem strasznie dumny i lubiłem się odgryzać. Brak deseru, szlabany, dodatkowe zadania, pompki, areszt, ciosy, izolatka-nie zmieniało się nic oprócz konsekwencji, a to, co miało nauczyć mnie pokory, tylko podburzało narastający we mnie gniew.
Rzeźnik się roześmiał. Śmiał się długo i strasznie, prawie wypluł płuca, śmiech szaleńca. Zbyt dużo razy moim krótkim życiu słyszałem coś takiego.
-Masz rację, gówniarzu. Tutaj jestem niczym. Jestem niczym. Ale ty, mój drogi-ty jesteś nikim, a to o wiele- wiele gorsze, rozumiesz o czym mówię.
-Dzięku…ję za lekcje filozofii-o dziwo mówienie przestało sprawiać mi ból-ale prawda wyglą…wygląda tak, że jesteś ćpunem z rozbitą rodziną, psem na usługach gan…gu i terro…terrorystów. Błagam, myślisz, że tego nie wi…dać?
Na jego wychudzoną, bladą twarz narkomana wypełzł smutny uśmiech.
-Jeżeli cię odbiją i przeżyjesz-powiedział, patrząc w przestrzeń-To będziesz bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, młody. I sprawisz wiele nieszczęścia innym, a zwłaszcza tym, na których ci zależy.

                                                                           * * *
                                                             
-Marco, puść go natychmiast, on traci przytomność!-usłyszałem, jakby z bardzo daleka, głos Misy.
-Głuchy jesteś?! Puść go!-to Koe. Tak, to z pewnością ona.
Po chwili leżałem  na podłodze, charcząc i odzyskując ostrość widzenia. Nie było Rzeźników, zaciemnionej sali, tylko pokój, meble, i czworo nastolatków.
-Znalazłaś coś, Misa-powiedziałem nienaturalnym głosem, w końcu ten pacan mnie prawie udusił, ciężko mówić normalnie-Opowiedz nam proszę, jeśli możesz.
"Zwyciężyłem"-pomyślałem, patrząc na Marco. On to widział, a ja wiedziałem, że dla własnego bezpieczeństwa nie mogę stać zbyt blisko niego.
-Tak-szepnęła Misa drżącym głosem-To chyba zasady gry i myślę, że nie powinniśmy brać w niej udziału.
-Chcesz, żebym to przeczytał n głos?-zapytałem, wyjmując kartkę z jej drżącej ręki.
Pokiwała głową, wycierając rękawem łzy.


wtorek, 16 czerwca 2015

Rozpoczęcie gry

Co za idiota. Zrobił mi to na złość.
Kiedy zorientowałem się w sytuacji, leżeliśmy wszyscy na podłodze oblani krwią Olivera. Jego krew, podzielona między wszystkich. Nikt inny nie był ranny. Chyba. Padliśmy sami z siebie, nie odrzuciło nas siłą wybuchu, nic z tych rzeczy. Chyba. Padliśmy jak pierwszaki na próbnej ewakuacji, szybko i jednocześnie. Co roku organizowano taką w Centrum, jednym i drugim. Kupa zabawy, naprawdę. Mieliśmy w towarzystwie grupę wiecznie znudzonych piromanów, którzy lubili dostarczać nam wrażeń w postaci oficjalnych, prawdziwych ewakuacji. W Centrach psoci się na wielką skalę, ja na przykład byłem mistrzem fałszowania dolegliwości. Każdy prosił mnie o pomoc w upozorowaniu lub nawet doprowadzenie do zatrucia pokarmowego, krwotoku, pozornej gorączki czy kaszlu gruźlika. Możliwe szybko i bezboleśnie. Te dwa kryteria mówią o profesjonalizmie symulanta.
(Bardzo często odrywam się od rzeczywistości, ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie, nie teraz.)
Ocknąłem się jako pierwszy, spychając z siebie kogoś i siadając na ufajdanej podłodze. Chciałem zapytać, czy nikt prócz Olivera nie jest ranny, ale przeszkodził mi krzyk Misy.
Leżała koło niej zmasakrowana, lecz jeszcze rozpoznawalna ręka.
Rozejrzałem się szybko wokół. Marco stał wtedy dosyć blisko drzwi, walnął w coś głową, stracił przytomność. Bezpieczna pozycja, sprawdzenie pulsu. Check.
Koe wymiotowała w kącie.
Wiedziałem, że z tym zamkiem coś nie tak. Coś tam wystawało. To był niezbyt duży, ale dosyć skomplikowany, przynajmniej jak dla mnie, ładunek wybuchowy. Chyba wstawiliśmy do drzwi nie ten klucz. To swojego rodzaju system bezpieczeństwa, bo nie wydaje mi się, aby tych drzwi nie dało się wcale otworzyć. To musiał być system bezpieczeństwa. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć.
Oliver leżał na plecach w wielkiej kałuży krwi, jęczał i zalewał się łzami. Jakimś cudem wciąż przytomny. Z jego prawego barka zwisał krwawiący kikut, urwało mu rękę mniej więcej na wysokości łokcia. Koe wciąż wymiotowała, głośno i zapewne obficie. Nigdy nie brzydziło mnie ani nic, co wychodzi z ludzkiego ciała, ani ono samo. Bez słowa ściągnąłem koszulę i obwiązałem nią to, co zostało z ramienia Artysty, próbując zatamować krwotok. Nie współczułem mu ani trochę. Wiem, że zrobił to specjalnie. Idiota. Miał wystarczająco dużo czasu, by zareagować. Cholerny półmózg, sam jest sobie winien. Jak większość artystów zapewne nie ma dominującej ręki, więc jakoś da radę. Przynajmniej powinien.
Wyciągnąłem z kieszeni nóż i rozprułem kołnierzyk koszuli, którą opatrzyłem tego osła. Mam tam trzy niesamowicie mocne tabletki przeciwbólowe i maść antyseptyczną. Doświadczenie mnie nauczyło, że warto nosić coś takiego przy sobie. 
-Połknij to, Oliver.
Skrzywił twarz w grymas, który miał chyba przypominać uśmiech.
-Chce...cesz mnie dobić?-zapytał.-Dzięki, wiedziałem, że z ciebie równy gość.
-Zamierzałem ci dać prze...przeciwbólowe, ale jak wolisz. Służę pomocą.
-Tak? To mnie zabij.
-Nie daj się sprowokować, Ace!-krzyknęła Misa-Błagam, podaj mu ten lek!
Spojrzałem na nią. Trzęsła się, przerażona i obrzydzona. To dobrze. Dzięki temu najprawdopodobniej nie zauważyła, że mam nóż. Gdyby Marco nie stracił przytomności, w życiu bym go nie wyciągnął. Mocowałbym się z koszulą, co dałoby raczej mierny efekt. Zaszyłem to zbyt mocno. Nie mogłem pozwolić, by się dowiedzieli o mojej broni. To równałoby się samobójstwu, rzucaniu niedopałkiem w szopie, otwieraniu drzwi przez Olivera.
W końcu dał sobie wepchnąć pigułkę do ust i ją połknął, gdy groziłem mu, że uduszę Misę. Na szczęście zgodziła się ze mną odegrać tę scenkę, rozumiejąc mnie bez słów.
Współpracę z Intelektualistami ma w genach.
-Jak się czujesz, Koe?-zawołałem, odwracając się w jej stronę.
-Lepiej. Poszukam tych kluczy. Chociaż nie wiem, czy powinniśmy otwierać te drzwi...
-Ja się tym zajmę. Em...Mam na ich temat pewną teorię. Zamki wybuchają, jeżeli włoży się w nie nieodpowiedni klucz.
-Czemu tak twierdzisz?-spytała, spoglądając na mnie fiołkowymi, wiecznie smutnymi oczami. To zabawne; smutek był w nich permanentny, po prostu czasami dołączały do niego inne emocje. Tym razem ciekawość.
W swoim krótkim życiu nie poznałem wielu Muzyków, może czterech. Wszyscy okazali się w miarę inteligentnymi ludźmi, z którymi dobrze się rozmawia. Muzyka sporo wymaga od mózgu.
-Dam sobie rękę uciąć, że tak jest-powiedziałem, uśmiechając się do Olivera-Nie potrafię tego wyjaśnić, a...ale chyba podświadomie, no, wyciągnąłem jakieś wnioski. 
Jeżeli chcesz żyć skutecznie, zawrzyj pakt z nieświadomością.
Nagle Oliver podniósł lekko głowę.
-Przezabawny z ciebie facet, Dokusei!-rzucił w moją stronę-Dałbym sobie rękę uciąć za takie poczucie humoru.
-Na twoim miej...miejscu nie nabijałbym się z człowieka, który zatamował ci krwotok własną koszulą. Nawet nie wiesz jak mi zimno.
Postanowiłem w końcu sprawdzić, co z Marco. Zaczynał powoli dochodzić do siebie.
-Wybuchł jakiś niezbyt duży ładunek...-zaczęła Misa. Tak, tak, niech się nim zajmie, bo Koe właśnie podbiegła do mnie z kluczami.
-Nie wiem z czego są zrobione, Ace, ale żaden się nie połamał ani nic! Rozleciały się co prawda we wszystkie strony...Ale już je pozbierałam.
-Dzię...dzię...dziękuję. Resztę załatwię sam. A wy...wy zajrzyjcie do pomieszczenia, które łaskawie otworzył nam Oliver.
-Zamknij się, Dokusei!
-Kochany, nie nadwyrężaj się, jeszcze ostro krwawisz, odpocznij sobie.
Ukląkłem właśnie przy pierwszym z zamków, uważnie go oglądając i odrysowując w głowie kształt potencjalnego klucza.
-To pokój-oznajmił Marco-W sensie taki normalny pokój, do mieszkania. Nic się nie zniszczyło, tylko trochę brudu po wybuchu i bałagan. Łóżko, szafka, sedes. Żarówka na suficie, włącznik nad łóżkiem, brak okien, maleńki wywietrznik. Jakiś ekran i licznik na ścianie...
Właśnie udało mi się znaleźć pasujący klucz. Wziąłem głęboki wdech i spróbowałem otworzyć zamek.
Bez problemu.
Pokój, w którym się znalazłem, wyglądał najprawdopodobniej tak samo, jak tamto pomieszczenie przed wybuchem. Może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych wypełnionych zaskakująco świeżym powietrzem i światłem nieekologicznej żarówki. Takiej sprzed kilkunastu lat, trującej i skutecznej. 
Jak ja.
Spojrzałem wtedy na ekran i licznik. Tutaj też były.

Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 5h 14min 23s
Przeżyty czas: 5h 14min 23s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0

Nie wiem, w co się wpakowałem, a raczej w co zostałem wpakowany, ale zapowiada się ciekawie.
Na czymkolwiek polega ta gra, wiem, że nie mogę przegrać.
Nie mogę.