Gdy wszyscy podeszli już do drzwi, Oliver zaczął się szaleńczo śmiać. Jak człowiek na tyle zjarany, by bawiły go drzewa za oknem i amerykańskie sitcomy.
-Ha ha ha...No, no...Toś pocisnął!-wrzasnął w końcu.
Objął mnie ramieniem, żeby się nie wywrócić.
-Słyszałem wiele plotek i opinii o mózgowcach-dodał już nieco poważniej, wciąż wymachując ręką-Ale w życiu bym nie pomyślał, że naprawdę jesteście tacy...No błagam, to aż komiczne! Ha ha ha ha! A przejdę się po pokoju, a złamię sobie kod, a oleję wszystko i wszystkich, takie tam! Może tu zostaną i przestaną zawracać mi głowę! Ha ha ha!
Wiedziałem. Będą z tym błaznem problemy.
-Opanujesz się, czy mam ci pomóc?-syknął Marco, grożąc pięścią.
-Jeżeli nie zamierzasz się uspokoić-dodałem, spoglądając mu w oczy-To my nie zamierzamy pozwolić ci iść z nami. Możemy cię tu bez problemu zamknąć. Hałaśliwi durnie nie należą do szczególnie przydatnych, wiesz?
-Jak nisko plasuję się w twojej skali przydatności?-zapytał mrużąc oczy.
Jego śmiech opuścił salę, rozlewając się we wszystkie strony. Może o tym nie mówiłem, ale zdrowie psychiczne u Artystów często szwankuje.
Postanowiliśmy iść naprzód, nie zwracając na niego uwagi. Jeśli ktoś miał nas usłyszeć, pewnie już do tego doszło.
Nagle Oliver przestał rechotać, stanął i o puścił głowę tak, że grzywka zupełnie zakryła mu oczy. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
-Przepraszam-wyszeptał-Po prostu...Boję się. Ale pewnie trochę inaczej, niż wy...Nie tego, że coś mi się stanie. Boję się, że nigdy już nie zobaczę kogoś ważnego.
-Rozumiemy-wyszeptała Misa, podając mu dłoń-Chodźmy, dobrze?
Mimo, że od razu uświadomiłem sobie przydatność tej dziewczyny, wciąż wzbudzała we mnie obrzydzenie. Była jak sztuczne kwiaty pachnące odświeżaczem.
Wyszliśmy na wąski, chłodny korytarz, oświetlony mnóstwem żarówek, takich najtańszych, które przepalają się szybciej niż copywriterzy i szczury biurowe. Nagle w jednej z nich, zwisającej nad głową Misy, coś strzeliło i zaiskrzyło. Sekundę później opadła na nas gęsta ciemność. Taka, jakiej nigdy nie widziałem.
-To obwód elektryczny szeregowy-oświeciłem ich-Jedna z żarówek poszła, więc reszta też nie działa, jak w lampkach choinkowych.
-Fascynujące. Zostaw lekcje fizyki na potem i lepiej wykombinuj, jak się stąd wydostać!-rzucił Marco. To śmieszne, znałem go od kilku godzin, ale mogłem już ustalić wyraz jego twarzy na podstawie tonu wypowiedzi.
-Panowie, spokojnie. Mam, co trzeba!-Koe wybiegła przed nas, oświetlając sobie twarz latarką, niczym dzieci wieczorami na obozach. Miała w oczach dozę bezczelności, której wcześniej nie zauważyłem.
Mimo wszystko, to były smutne oczy.
* * *
-Masz dość, śmieciu?! Masz dość?!
Po czole spływała mi strużka jego śliny.
-Cholerna kukła...
-Tylko nie w głowę, idioci! Głowy potrzebujemy...Zajmij się nim, a wy pójdziecie ze mną.
Kolejny kopniak w brzuch, kolejny stracony oddech. Krew zalewa moje wnętrzności.
Żeby tylko wnętrzności.
Krew zalała wszystko. Podłogę, ich ubrania, moją skórę, moje włosy. Wypełnia moje usta, opuszcza moje ciało.
A może ono nie jest już moje. Może straciłem je na rzecz tych rzeźników, ślepych od krwi.
-Wiesz, dlaczego ci współczuję, psie?-wysyczał, wymierzając kolejny kopniak.
Spoglądał mi w oczy. Raczej się tego domyśliłem, niż zobaczyłem. Za dużo krwi w oczach, za mało w mózgu.
-Ty-powiedział, stawiając mi but na twarzy-Ty będziesz w życiu doceniany. Tak, tak! Będziesz ważny, wielki i bogaty. Ale!-wykręcił mi rękę na plecach-Nikt, nigdy cię nie pokocha, nawet nie polubi, nie będzie uważał za osobę. Jesteś tylko zbiorem nadaktywnych neuronów! Jesteś cholernym komputerem! Bo ty, ty też nikogo nie pokochasz. Jesteś jakimś bachorem, a już zaczynasz! Masz gdzieś ludzi, masz gdzieś uczucia, nie potrafisz ich pojąć tym swoim zimnym łbem!-kopniak.-Wiesz, ile osób zamordowałeś?! I co?! Osiągnąłeś cel, tak?! Fajnie iść po trupach, co? Ludzie to najlepsza wykładzina pod twoje przeklęte stopy!
-To...to...-charczałem, wypluwając krew.
-Masz coś do powiedzenia, gnoju?!-wrzasnął.
-To...to by...byli...te...terro...ryści...i prze...przestęp...cy
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi kolory.
-Tak?! Wszyscy?! Wątpię! Wątpię też, że musiałeś tak postąpić! Ja również nie należę do szczególnie moralnych-szepnał, spluwając na mnie-ale nie potrafiłbym zabić grupy idealistycznie nastawionych nastolatków i ich rodziców, nie wspominając o dziesięciu niewinnych osobach. A ilu więźniów, ho ho! Media milczą, podczas gdy takie szmaty jak ty dokonują cichej, chirurgicznej, bezkrwawej rzezi! Nie lubimy brudzić rączek, co?! Gdybym...
Nie usłyszałem ani słowa z tego, co mówił.
"Nie jestem mordercą. Nie jestem zabójcą. Nie jestem psychopatą. Nie jestem mordercą." Powtarzałem to w głowie jak mantrę, powoli tracąc przytomność.
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi słowa.
* * *
Nagle światło latarki zatrzymało się na metalowych drzwiach pokrytych łuszczącą się farbą. Widziałem takie na osiedlach w Berlinie.Tu nie ma takich osiedli.
Zamek z podrdzewiałą kłódką był dwa razy większy od mojej pięści. Jeżeli ten osiłek Marco go złamie, przetopimy to żelastwo na jego pomnik.
-Jesteś niesamowity!-zawołała Misa, gdy Marco złamał kłódkę gołymi rękoma i wyważył drzwi.
-Do Palestyńskich domów też tak wchodziłeś?-zapytałem spokojnie.
-Zamkniesz się, czy mam ci pomóc?!-krzyknął, przypierając mnie do ściany. Wiedziałem, że nie zada ciosu, a ja dowiem się tego, czego chcę.
-Czyli jednak byłeś w wojsku.
-Nic ci do tego-burknął.
Nie zamierzałem go oceniać, sam nie miałem czystego sumienia. Założę się, że nikt z nas nie miał. A już na pewno nie ja.
Może miałem na rękach więcej cudzej krwi niż on.
niedziela, 26 kwietnia 2015
niedziela, 19 kwietnia 2015
Kod
Kartka.
Udałem, że podciągam spodnie i odsunąłem rękę od kieszeni. Przecież nie wyciągnę kartki przy wszystkich, odczytując na głos jej treść. Jeżeli ma treść.
W pokoju zapanowała cisza, jakby do każdego już dotarło. Nie wiem niestety co.
-Trze...trzeba się rozejrzeć-powiedziałem, głośniej niż należało-Gdzie się znajdujemy i dlaczego. Wątpię, żebyśmy, no, mogli stąd sami wyjść. Mamy szansę zostać uratowani, tylko jeśli to sprawka terrorystów, albo spragnionych zysku porywaczy. Bo równie dobrze, to...to może być projekt. Dzieło tych, um. Tych z góry. W końcu-szepnąłem-nie jesteśmy dla nich ludźmi. Zbiór danych, produkt hodowli, mięso armatnie w walce o nic. O doskonałość, której nigdy nie osiągniemy, bo jak, bo po co? To nie ma początku ani końca...
Zrozumiałem, że te słowa opuściły moją głowę, gdy dotknąłem swojego policzka-niewytłumaczalny odruch, każdy takie ma. Na twarzy krzywy półuśmiech, złośliwy i szyderczy. Nie mój. Czasami wydaje mi się, że mieszkają we mnie dwie różne osoby, stary ja się rozpada, a nowy nie powstaje. Tylko pole bitwy między tą dwójką. I żaden z nich nie jest mną.
Uzewnętrzniony monolog wewnętrzny zagęścił i tak już nieprzyjemną atmosferę.
-Jajogłowy ma rację-rzucił Marco z uśmiechem, który miał wyglądać łobuzersko, ale przypominał ledwo trzymającą się materiału naszywkę-Dlaczego od razu nic nie zrobiliśmy?
-Heh. Widzę, że mam już no...nowego kolegę. Warto zapisywać te docinki, żeby się nie powtarzały. Nie lubię monotonii, wiesz?
Postanowiłem ciągnąć grę, którą zaczął. Zrobił to pewnie, by mieć się za co chwycić. Jeszcze nie teraz, potem. To typ człowieka, który próbuje radzić sobie z problemami, rozpraszając się.
Po około dziesięciu minutach, albo trzydziestu, nie mam pojęcia, mój wewnętrzny czasomierz funkcjonuje gorzej, niż wątroba alkoholika, ustaliliśmy plan działania. Chodziliśmy po pokoju, zaglądaliśmy w każdy z nielicznych kątów. Jedyne drzwi w pomieszczeniu były zamknięte.
Znalazłem to pod drugą ławką-nieduży, łatwy do przeoczenia napis. Wyczułem go palcami i nosem. Czerwono-brązowa, pachnąca metalem substancja, która niedawno była cieczą.
Widziałem w życiu o wiele więcej krwi niż powinienem, z czego ponad trzy czwarte pomiędzy pobytem w jednym Centrum a drugim.
Nieco rozmazałem ten napis, ale udało mi się ustalić, że przed dewastacją wyglądał tak:
(M-10) B F (3+5) H
Obok napisu, o dziwo, leżał długopis. Nie wnikam, liczmy na to, że krew po prostu urozmaica krajobraz i doprowadza do paranoi.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory. Słowa przesunęły się w tył głowy. Słowa słowa słowa. O, prawie jak wiersz.
Przed oczami zaczęły latać mi
kolory.
Słowa przesunęły się w
tył głowy.
Słowa słowa
słowa.
-Zaraz-mruknąłem-Czy obok tych drzwi..
Pobiegłem w ich stronę, wpadając po drodze na Muzyczkę. Jak się nazywała? Chyba Koe.
-Prze..prze...przepra...
Dukałem gorzej niż zwykle, jak kompletny idiota, który pogubił albo zjadł wszystkie fiszki pod tytułem "Życie codzienne wśród normalnych. Rozmówki ludzko-Ace'owskie".
-Nie. Nic nie szkodzi-uśmiechnęła się ciepło. Naprawdę ciepło, to nie uśmiech pielęgniarki, to prawdziwe ciepło, jak domowe naleśniki. Gdy mieszkałem z Haigo i Tomasem, jadaliśmy takie w każdą niedzielę.
Ja też zacząłem się uśmiechać. Ciepło, jak naleśnik.
Gdy dostałem się w końcu do tych drzwi, okazało się, że miałem rację-trzeba wpisać kod, aby się otworzyły, ewentualnie wybuchły albo zgładziły nas w inny sposób. Nieważne, trzeba je otworzyć. To dziecinnie proste.
Wpisałem to.
3 2 6 8 9
-Możemy wyjść-oznajmiłem, wskazując ręką na otwarte drzwi.
Udałem, że podciągam spodnie i odsunąłem rękę od kieszeni. Przecież nie wyciągnę kartki przy wszystkich, odczytując na głos jej treść. Jeżeli ma treść.
W pokoju zapanowała cisza, jakby do każdego już dotarło. Nie wiem niestety co.
-Trze...trzeba się rozejrzeć-powiedziałem, głośniej niż należało-Gdzie się znajdujemy i dlaczego. Wątpię, żebyśmy, no, mogli stąd sami wyjść. Mamy szansę zostać uratowani, tylko jeśli to sprawka terrorystów, albo spragnionych zysku porywaczy. Bo równie dobrze, to...to może być projekt. Dzieło tych, um. Tych z góry. W końcu-szepnąłem-nie jesteśmy dla nich ludźmi. Zbiór danych, produkt hodowli, mięso armatnie w walce o nic. O doskonałość, której nigdy nie osiągniemy, bo jak, bo po co? To nie ma początku ani końca...
Zrozumiałem, że te słowa opuściły moją głowę, gdy dotknąłem swojego policzka-niewytłumaczalny odruch, każdy takie ma. Na twarzy krzywy półuśmiech, złośliwy i szyderczy. Nie mój. Czasami wydaje mi się, że mieszkają we mnie dwie różne osoby, stary ja się rozpada, a nowy nie powstaje. Tylko pole bitwy między tą dwójką. I żaden z nich nie jest mną.
Uzewnętrzniony monolog wewnętrzny zagęścił i tak już nieprzyjemną atmosferę.
-Jajogłowy ma rację-rzucił Marco z uśmiechem, który miał wyglądać łobuzersko, ale przypominał ledwo trzymającą się materiału naszywkę-Dlaczego od razu nic nie zrobiliśmy?
-Heh. Widzę, że mam już no...nowego kolegę. Warto zapisywać te docinki, żeby się nie powtarzały. Nie lubię monotonii, wiesz?
Postanowiłem ciągnąć grę, którą zaczął. Zrobił to pewnie, by mieć się za co chwycić. Jeszcze nie teraz, potem. To typ człowieka, który próbuje radzić sobie z problemami, rozpraszając się.
Po około dziesięciu minutach, albo trzydziestu, nie mam pojęcia, mój wewnętrzny czasomierz funkcjonuje gorzej, niż wątroba alkoholika, ustaliliśmy plan działania. Chodziliśmy po pokoju, zaglądaliśmy w każdy z nielicznych kątów. Jedyne drzwi w pomieszczeniu były zamknięte.
Znalazłem to pod drugą ławką-nieduży, łatwy do przeoczenia napis. Wyczułem go palcami i nosem. Czerwono-brązowa, pachnąca metalem substancja, która niedawno była cieczą.
Widziałem w życiu o wiele więcej krwi niż powinienem, z czego ponad trzy czwarte pomiędzy pobytem w jednym Centrum a drugim.
Nieco rozmazałem ten napis, ale udało mi się ustalić, że przed dewastacją wyglądał tak:
(M-10) B F (3+5) H
Obok napisu, o dziwo, leżał długopis. Nie wnikam, liczmy na to, że krew po prostu urozmaica krajobraz i doprowadza do paranoi.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory. Słowa przesunęły się w tył głowy. Słowa słowa słowa. O, prawie jak wiersz.
Przed oczami zaczęły latać mi
kolory.
Słowa przesunęły się w
tył głowy.
Słowa słowa
słowa.
-Zaraz-mruknąłem-Czy obok tych drzwi..
Pobiegłem w ich stronę, wpadając po drodze na Muzyczkę. Jak się nazywała? Chyba Koe.
-Prze..prze...przepra...
Dukałem gorzej niż zwykle, jak kompletny idiota, który pogubił albo zjadł wszystkie fiszki pod tytułem "Życie codzienne wśród normalnych. Rozmówki ludzko-Ace'owskie".
-Nie. Nic nie szkodzi-uśmiechnęła się ciepło. Naprawdę ciepło, to nie uśmiech pielęgniarki, to prawdziwe ciepło, jak domowe naleśniki. Gdy mieszkałem z Haigo i Tomasem, jadaliśmy takie w każdą niedzielę.
Ja też zacząłem się uśmiechać. Ciepło, jak naleśnik.
Gdy dostałem się w końcu do tych drzwi, okazało się, że miałem rację-trzeba wpisać kod, aby się otworzyły, ewentualnie wybuchły albo zgładziły nas w inny sposób. Nieważne, trzeba je otworzyć. To dziecinnie proste.
Wpisałem to.
3 2 6 8 9
-Możemy wyjść-oznajmiłem, wskazując ręką na otwarte drzwi.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Integracja
-To kara boska!
Rozemocjonowane staruszki w śmierdzących naftaliną, filcowych beretach szeptały, siedząc na ławeczkach przed blokiem. Brzydkie, szare osiedle. Tutaj takich brakuje, ale w Berlinie jeszcze się ostały. Haigo, moja przybrana matka, studiowała w Niemczech i tam poznała Tomasa. Najpierw mieszkali w Japonii, oboje pracowali w firmie informatycznej. Wróciliśmy do Berlina już we trójkę. Właściwie we czwórkę, ale po kilku dniach okazało się, że Haigo znowu poroniła. Współczułem im, tej pechowej parze, bardzo źle znosili mieszankę tęsknoty, frustracji, wstydu i niezrozumienia po każdej wizycie u lekarza. W sumie to nie tylko im współczułem, chyba ich kochałem.
-Jak się bierze diabła do domu...
Siwa, przygarbiona babka z rosyjskim akcentem nie dokończyła, bo właśnie przechodziłem obok. Nie myślcie, że mieszkałem w tej wylęgarni patologii, pełnej nieletnich prostytutek, ćpunów, alkoholików i zabiedzonych staruszków, którzy nie potrafili się tu odnaleźć, zbici w ciasne stadka pod klatkami schodowymi i w prowizorycznych klubach seniorów.
Niewiele takich osiedli się ostało.
Mieszkałem na prestiżowym osiedlu niezwykle nowoczesnych, drewniano-szklanych domków jednorodzinnych, pełnych porcelany, perskich dywanów, sztuki nowoczesnej i smart-mebli, nadętych nowobogackich i strzyżonych ręcznie żywopłotów.
Wyglądało to, jakby psychopatyczne dziecko wcisnęło te dwa światy w jedną, małą przestrzeń, a teraz śmiało się, prawie spadając z wysokiego stołka, górującego nad szarymi blokami.
Jak się bierze diabła do domu...
Właśnie tak o mnie myśleli. O prawie zwyczajnym, osieroconym dziecku. Nawet po tym, gdy stało się...Nieważne. Nie chcę o tym myśleć. Muszę się wyłączyć, chciałbym się wyłączyć, wziąć do ręki coś ostrego i amputować sobie umysł, myśli, te kalekie wspomnienia i sny. Bo kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
Rozemocjonowane staruszki w śmierdzących naftaliną, filcowych beretach szeptały, siedząc na ławeczkach przed blokiem. Brzydkie, szare osiedle. Tutaj takich brakuje, ale w Berlinie jeszcze się ostały. Haigo, moja przybrana matka, studiowała w Niemczech i tam poznała Tomasa. Najpierw mieszkali w Japonii, oboje pracowali w firmie informatycznej. Wróciliśmy do Berlina już we trójkę. Właściwie we czwórkę, ale po kilku dniach okazało się, że Haigo znowu poroniła. Współczułem im, tej pechowej parze, bardzo źle znosili mieszankę tęsknoty, frustracji, wstydu i niezrozumienia po każdej wizycie u lekarza. W sumie to nie tylko im współczułem, chyba ich kochałem.
-Jak się bierze diabła do domu...
Siwa, przygarbiona babka z rosyjskim akcentem nie dokończyła, bo właśnie przechodziłem obok. Nie myślcie, że mieszkałem w tej wylęgarni patologii, pełnej nieletnich prostytutek, ćpunów, alkoholików i zabiedzonych staruszków, którzy nie potrafili się tu odnaleźć, zbici w ciasne stadka pod klatkami schodowymi i w prowizorycznych klubach seniorów.
Niewiele takich osiedli się ostało.
Mieszkałem na prestiżowym osiedlu niezwykle nowoczesnych, drewniano-szklanych domków jednorodzinnych, pełnych porcelany, perskich dywanów, sztuki nowoczesnej i smart-mebli, nadętych nowobogackich i strzyżonych ręcznie żywopłotów.
Wyglądało to, jakby psychopatyczne dziecko wcisnęło te dwa światy w jedną, małą przestrzeń, a teraz śmiało się, prawie spadając z wysokiego stołka, górującego nad szarymi blokami.
Jak się bierze diabła do domu...
Właśnie tak o mnie myśleli. O prawie zwyczajnym, osieroconym dziecku. Nawet po tym, gdy stało się...Nieważne. Nie chcę o tym myśleć. Muszę się wyłączyć, chciałbym się wyłączyć, wziąć do ręki coś ostrego i amputować sobie umysł, myśli, te kalekie wspomnienia i sny. Bo kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
* * *
Znaleźliśmy drzwi. Zaprowadziły nas do dużego, oświetlonego pomieszczenia, z kilkoma monitorami na pokrytych bordową tapetą ścianach. Pod sufitem znajdowało się małe okienko zasłonięte ciężką zasłoną. Połowę jej masy wydawał się stanowić kurz.
Sportowiec ocknął się w chwili, gdy opuszczaliśmy ciemną salę. Nazwałem ją punktem startu. A może to właśnie punkt końca? Myśli biegają mi po głowie jak schizofrenik pewny, że wokół szaleje pożar. Bardzo często tak mam, jakby ktoś wyświetlał mi przed oczami zmieniające się z ogromną prędkością słowa i obrazy. Słowa słowa słowa słowa. Obrazy. Kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
-...poznali?-zapytał, spoglądając na mnie. Ten chłopak, Artysta. Na pewno Artysta.
Niski, raczej szczupły. Mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy, w podartych czarnych jeansach i koszulce jakiegoś metalcore'owego zespołu. Spod pseudohipsterskiej czapki "beanie" wyłaziła jasnobrązowa grzywka. Miał owalną twarz, zamglone, szare oczy, piegi i podkówkowaty kolczyk w przegrodzie nosowej. Przebiegłem po nim dwa razy wzrokiem i mogę dać głowę, że to Artysta. I że przysporzy nam trochę problemów. Z przeczuciami i intuicją jest u mnie różnie, ale widziałem już takich. Mieli ten sam wyraz twarzy, te same myśli, to samo nastawienie, wszyscy byli jak tykające bomby, misterne rzeźby z prochu strzelniczego, piękne i ciekawe, ale bezcelowo niebezpieczne. Swojego rodzaju skutek uboczny, bardziej uboczny, niż my wszyscy; zabawka laborantów. Powołani do życia nie do końca wiadomo po co, introwertyczne dzieciaki z ponadprzeciętnymi zdolnościami manualnymi. Znerwicowane, wrażliwe dzieciaki, pełne wszczepionej im od początku, wprogramowanej potrzeby wyrażania skomplikowanych uczuć przez sztukę, obrazy i słowa, kształty plam, substancji i liter.
Słowa słowa słowa słowa. Widzicie to, moje myśli nabierają rytmu.
-Ma...masz rację-odpowiedziałem, spoglądając na Artystę-zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym położeniem, powinniśmy, tego no, wiedzieć, jak się do siebie zwracać. Bo, em, nikt z was chyba nie chce być określany jedynie bardziej lub mniej złośliwą nazwą grupy, do której należy, prawda?
Pokiwali głowami. Tylko z pozoru zachowywali się spokojnie-nerwowe tiki, rozlatane oczy. Silny nawet nic nie ukrywał, chodził w kółko jak zaburzony chomik. Moja sąsiadka z dzieciństwa takiego miała-rozdrapywał sobie skórę, biegał ciągle po tej samej trasie i zabił się, gdy po raz pierwszy wypuszczono go z klatki. Od tamtej pory nie lubię chomików. Głupie, włochate kulki.
-Jestem Koe Merodi-zaczęła Muzyczka, nawet na nas nie patrząc. A szkoda, bo miała ładne, liliowe oczy. Laboranci lubią się pobawić -Mieszkałam w Tokyo, a później w tamtejszym Centrum. Gram na skrzypcach, pianinie, saksofonie, gitarze, flecie, akordeonie...
-Wystarczy!-zawołał Artysta, śmiesznie wymachując rękoma-Stop! Dzięki! Koniec! Nie zapamiętamy!
-Opowiesz nam jeszcze kiedyś?-zapytała Charyzmatyczna z uśmiechem konsultantki biura-Teraz i tak nie zapamiętamy, jak powiedział kolega...
-Jestem Oliver Spence-rzucił Artysta, depcząc prawą nogą koniuszek lewego buta-Przeprowadziłem się do Japonii dwa miesiące temu, z Anglii. Głównie rysuję, grafika i te sprawy. Trochę rzeźbię. Słucham zespołu Self War. W sumie tyle. Nie wiem, po co to mówię.
-Komfort psychologiczny-odparłem.
-Słucham?-Silny nagle włączył się do rozmowy-Powtórzysz?
-Powiedziałem komfort psychologiczny. Wszyscy chcemy go mieć.
-Myślę, że miałbym go najwięcej, gdybym się stąd wydostał-westchnął- A tak w ogóle to mam na imię Marco, przenieśli mnie z Holandii, gdy byłem mały.
Wrzucono go wtedy w rzeczywistość, której nie potrafił przełknąć. Miał w sobie coś z weterana wojennego, być może wcielili go do wojska, z Siłaczami często to robią, nawet z dziećmi. Nie wiem.
-Misa Supichi, bardzo mi miło-odgarnęłą rude włosy i obrzuciła nas kolejnym uśmiechem, jeszcze gorszym, uśmiech biurwy, uśmiech pielęgniarki w Centrum, uśmiech przyszywanej matki, która czuje ulgę, oddając dziecko do Centrum-Pochodzę z Kioto, zamierzam zaangażować się w politykę. Mam brata, Nodo. Jesteśmy bliźniakami dwujajowymi-wyjaśniła.
Aha, pomyślałem. Aha. To dzieci, próbują zbudować więź, potrzebują zaufania. Różnimy się-oni chcą poczuć się bezpieczni, znalezienie rozwiązania to dla nich sprawa drugorzędna. Ja mam inną hierarchię wartości.
-Ace Dokusei.
To nie tak miało brzmieć, nie chciałem wyjść na ignoranta z aspergerem, nie. Zatkało mnie po prostu. To nie tak, że nie powiedziałem nic więcej, bo uważam, że to nieistotne.
-Ja...-dodałem, gdy zaczęli się we mnie intensywnie wpatrywać- Najpierw mieszkałem w Tokyo, następnie w Berlinie, później wróciłem.
Aha, pomyśleli pewnie. Aha.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Nie tej, w której znalazłem nóż, do drugiej.
Była tam kartka.
Słowa słowa słowa słowa. Widzicie to, moje myśli nabierają rytmu.
-Ma...masz rację-odpowiedziałem, spoglądając na Artystę-zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym położeniem, powinniśmy, tego no, wiedzieć, jak się do siebie zwracać. Bo, em, nikt z was chyba nie chce być określany jedynie bardziej lub mniej złośliwą nazwą grupy, do której należy, prawda?
Pokiwali głowami. Tylko z pozoru zachowywali się spokojnie-nerwowe tiki, rozlatane oczy. Silny nawet nic nie ukrywał, chodził w kółko jak zaburzony chomik. Moja sąsiadka z dzieciństwa takiego miała-rozdrapywał sobie skórę, biegał ciągle po tej samej trasie i zabił się, gdy po raz pierwszy wypuszczono go z klatki. Od tamtej pory nie lubię chomików. Głupie, włochate kulki.
-Jestem Koe Merodi-zaczęła Muzyczka, nawet na nas nie patrząc. A szkoda, bo miała ładne, liliowe oczy. Laboranci lubią się pobawić -Mieszkałam w Tokyo, a później w tamtejszym Centrum. Gram na skrzypcach, pianinie, saksofonie, gitarze, flecie, akordeonie...
-Wystarczy!-zawołał Artysta, śmiesznie wymachując rękoma-Stop! Dzięki! Koniec! Nie zapamiętamy!
-Opowiesz nam jeszcze kiedyś?-zapytała Charyzmatyczna z uśmiechem konsultantki biura-Teraz i tak nie zapamiętamy, jak powiedział kolega...
-Jestem Oliver Spence-rzucił Artysta, depcząc prawą nogą koniuszek lewego buta-Przeprowadziłem się do Japonii dwa miesiące temu, z Anglii. Głównie rysuję, grafika i te sprawy. Trochę rzeźbię. Słucham zespołu Self War. W sumie tyle. Nie wiem, po co to mówię.
-Komfort psychologiczny-odparłem.
-Słucham?-Silny nagle włączył się do rozmowy-Powtórzysz?
-Powiedziałem komfort psychologiczny. Wszyscy chcemy go mieć.
-Myślę, że miałbym go najwięcej, gdybym się stąd wydostał-westchnął- A tak w ogóle to mam na imię Marco, przenieśli mnie z Holandii, gdy byłem mały.
Wrzucono go wtedy w rzeczywistość, której nie potrafił przełknąć. Miał w sobie coś z weterana wojennego, być może wcielili go do wojska, z Siłaczami często to robią, nawet z dziećmi. Nie wiem.
-Misa Supichi, bardzo mi miło-odgarnęłą rude włosy i obrzuciła nas kolejnym uśmiechem, jeszcze gorszym, uśmiech biurwy, uśmiech pielęgniarki w Centrum, uśmiech przyszywanej matki, która czuje ulgę, oddając dziecko do Centrum-Pochodzę z Kioto, zamierzam zaangażować się w politykę. Mam brata, Nodo. Jesteśmy bliźniakami dwujajowymi-wyjaśniła.
Aha, pomyślałem. Aha. To dzieci, próbują zbudować więź, potrzebują zaufania. Różnimy się-oni chcą poczuć się bezpieczni, znalezienie rozwiązania to dla nich sprawa drugorzędna. Ja mam inną hierarchię wartości.
-Ace Dokusei.
To nie tak miało brzmieć, nie chciałem wyjść na ignoranta z aspergerem, nie. Zatkało mnie po prostu. To nie tak, że nie powiedziałem nic więcej, bo uważam, że to nieistotne.
-Ja...-dodałem, gdy zaczęli się we mnie intensywnie wpatrywać- Najpierw mieszkałem w Tokyo, następnie w Berlinie, później wróciłem.
Aha, pomyśleli pewnie. Aha.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Nie tej, w której znalazłem nóż, do drugiej.
Była tam kartka.
niedziela, 5 kwietnia 2015
Zestaw
Wciąż się zastanawiam, o jakie "grzechy" chodziło.
Otworzyłem oczy, ale niewiele to dało-otaczała mnie kompletna ciemność. Zacząłem czołgać się po podłodze z wyciągniętymi do przodu ramionami . Chodzenie wydawało mi się nierozważne, bo skąd miałem wiedzieć, czy nie trafię na jakąś zapadnię, albo...
Ściana. Na to właśnie czekałem. Może znajdę włącznik? Z reguły właśnie tam są, nawet w Centrach. Chociaż nie, wróć. W pierwszym, do którego trafiłem, moje "powitalne" zadanie polegało na odszukaniu tego cholerstwa, mniejszego niż palec, ukrytego w zaniuchanym kącie . Po złamaniu kilku kodów, bieganiu po pokoju z mizernej jakości latarką i szukaniu wskazówek, zapaliłem światło. Zajęło mi to jakieś 15 minut. Podobno ponadprzeciętny wynik. Osiągnięcie życia.
Ściana była mokra, ale nie czułem smrodu wilgoci. Pachniało metalem. Czyżby to...
-Krew-szepnąłem, gdy natrafiłem ręka na włącznik, a około półtora metra nad moją głową zamrugało kilka sinych jarzeniówek.
Po ścianie cicho pełzła plama świeżej krwi. Niezbyt duża, żadnych fragmentów wnętrzności. Nikogo tu nie zastrzelono, to już ustalone.
-Au!-wrzasnąłem. Potknąłem się, a w rękę wbiło mi się coś twardego i mokrego.
Zakrwawiony ząb.
Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość, gdy zobaczyłem o co się potknąłem. Ogromne ciało jakiegoś mężczyzny, miał chyba z dwa metry wzrostu. Ukucnąłem, żeby przyjrzeć się jego twarzy.
- Młody chłopak-mruknąłem do siebie-Pewnie jeden z Silnych, wyglada jak Herkules w podręcznikach.
Jeszcze kilka chwil temu leciała mu krew z ust. To na jego ząb upadłem. Ktoś musiał mu porządnie przywalić! Ułożyłem go w bezpiecznej pozycji. Puls w porządku, temperatura chyba też. Nie mogę mu pomóc. Ba, nawet nie muszę.
-Haaalooo!
Dziewczęcy głos przebił się przez ciężkie powietrze jak pocisk. Taki był... dźwięczny? Nie. On był o s t r y. Brzytwa ze starych westernów. Nie przesadnie wysoki, taki rozbrajająco niewinny,ale...
-Jest tam kto? Haaaaloooo...Wiem, że tu jesteś!
Może większość z was wstydziłaby się tego, ale szczerze przyznam, że zacząłem szukać jakiejś potencjalnej broni. Broni przeciw dziewczynie, która mogła tam na mnie czekać z piłą łańcuchową i sześcioma trupami u nóg. Z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że mam w kieszeni nożyk. Nigdy go tam nie było, dałbym sobie uciąć głowę! Teraz to jednak nieistotne. Trzeba zobaczyć, kto mnie woła.
Stała w białawej poświacie żarówek. Trochę niższa ode mnie, szczupła, o krótkich włosach. W tym świetle nie mogłem określić ich koloru. Na pewno jakiś ciemny.
-Kim jesteś? I co my tu robimy?!-wyszeptała, nerwowo skubiąc spódniczkę.
Gdy przyjrzałem się jej dłoniom zauważyłem, że coś się nie zgadza. Po chwili już wiedziałem co.
Miała sześć palców. Czyżby to Muzykalna? Jakieś czterdzieści procent tej grupy ma nadprogramowe palce. To dosyć przydatne w grze na instrumentach. Tak słyszałem.
-Po...posłuchaj-zacząłem. Czułem, że powinienem położyć jej dłonie na ramionach, wziąć za ręce, zapewnić jej jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale nie umiałem. Moje uczucia nie radzą sobie w byciu uczuciami-Ja...ja nie mam pojęcia, podobnie jak i ty. Czy należysz do Muzykalnych?
Spojrzała na mnie spode łba. Zmieniła się w ułamek sekundy z przerażonego kociaka we wściekłą lwicę.
-Czy to jest istotne?
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak. Jeżeli mam rację, to znajdujemy się tu wraz z conajmniej trzema innymi osobami.
Choć opuściła głowę widziałem, że prawie płacze. Nagle za jej plecami pojawił się ktoś jeszcze.
-Pierwszy raz widzę Intelektualistę!-jej głos, bo to też była dziewczyna, brzmiał miękko i głęboko jak krem. Taki dobry krem.
Przyjrzałem się twarzy nieznajomej i zobaczyłem coś w rodzaju otarć w kącikach ust. Ślady po linie. Zakneblowali ją. To Charyzmatyczka. Ten uśmiech, ton głosu, gesty, odpowiedni dystans miedzy nią a rozmówcą, ładna, nieco nijaka twarz. Czułem, że bedą z nią problemy-w naturze jej grupy leży przywiązanie do Intelektualistów, są naszym językiem, a my ich mózgiem. Nie twierdzę, że są głupi. Po prostu w każdej sytuacji wolą się nas słuchać, ufają nam jak dziecko matce.
-Racja-wybełkotałem raczej do siebie niż do nich-są tu jeszcze conajmniej dwie osoby. Jeden to ten Silny z zakrwawioną gębą, Charyzmatyczka i Muzykalna. Brakuje tylko Artysty...
Na lewo od nieprzytomnego Siłacza rozległ się głośny, piskliwy śmiech szaleńca.
-Właściwie-powiedział "autor" śmiechu, sunąc w naszym kierunku-to chyba jesteśmy w komplecie.
-Możliwe-odparłem-Przynajmniej nasz "zestaw".
Otworzyłem oczy, ale niewiele to dało-otaczała mnie kompletna ciemność. Zacząłem czołgać się po podłodze z wyciągniętymi do przodu ramionami . Chodzenie wydawało mi się nierozważne, bo skąd miałem wiedzieć, czy nie trafię na jakąś zapadnię, albo...
Ściana. Na to właśnie czekałem. Może znajdę włącznik? Z reguły właśnie tam są, nawet w Centrach. Chociaż nie, wróć. W pierwszym, do którego trafiłem, moje "powitalne" zadanie polegało na odszukaniu tego cholerstwa, mniejszego niż palec, ukrytego w zaniuchanym kącie . Po złamaniu kilku kodów, bieganiu po pokoju z mizernej jakości latarką i szukaniu wskazówek, zapaliłem światło. Zajęło mi to jakieś 15 minut. Podobno ponadprzeciętny wynik. Osiągnięcie życia.
Ściana była mokra, ale nie czułem smrodu wilgoci. Pachniało metalem. Czyżby to...
-Krew-szepnąłem, gdy natrafiłem ręka na włącznik, a około półtora metra nad moją głową zamrugało kilka sinych jarzeniówek.
Po ścianie cicho pełzła plama świeżej krwi. Niezbyt duża, żadnych fragmentów wnętrzności. Nikogo tu nie zastrzelono, to już ustalone.
-Au!-wrzasnąłem. Potknąłem się, a w rękę wbiło mi się coś twardego i mokrego.
Zakrwawiony ząb.
Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość, gdy zobaczyłem o co się potknąłem. Ogromne ciało jakiegoś mężczyzny, miał chyba z dwa metry wzrostu. Ukucnąłem, żeby przyjrzeć się jego twarzy.
- Młody chłopak-mruknąłem do siebie-Pewnie jeden z Silnych, wyglada jak Herkules w podręcznikach.
Jeszcze kilka chwil temu leciała mu krew z ust. To na jego ząb upadłem. Ktoś musiał mu porządnie przywalić! Ułożyłem go w bezpiecznej pozycji. Puls w porządku, temperatura chyba też. Nie mogę mu pomóc. Ba, nawet nie muszę.
-Haaalooo!
Dziewczęcy głos przebił się przez ciężkie powietrze jak pocisk. Taki był... dźwięczny? Nie. On był o s t r y. Brzytwa ze starych westernów. Nie przesadnie wysoki, taki rozbrajająco niewinny,ale...
-Jest tam kto? Haaaaloooo...Wiem, że tu jesteś!
Może większość z was wstydziłaby się tego, ale szczerze przyznam, że zacząłem szukać jakiejś potencjalnej broni. Broni przeciw dziewczynie, która mogła tam na mnie czekać z piłą łańcuchową i sześcioma trupami u nóg. Z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że mam w kieszeni nożyk. Nigdy go tam nie było, dałbym sobie uciąć głowę! Teraz to jednak nieistotne. Trzeba zobaczyć, kto mnie woła.
Stała w białawej poświacie żarówek. Trochę niższa ode mnie, szczupła, o krótkich włosach. W tym świetle nie mogłem określić ich koloru. Na pewno jakiś ciemny.
-Kim jesteś? I co my tu robimy?!-wyszeptała, nerwowo skubiąc spódniczkę.
Gdy przyjrzałem się jej dłoniom zauważyłem, że coś się nie zgadza. Po chwili już wiedziałem co.
Miała sześć palców. Czyżby to Muzykalna? Jakieś czterdzieści procent tej grupy ma nadprogramowe palce. To dosyć przydatne w grze na instrumentach. Tak słyszałem.
-Po...posłuchaj-zacząłem. Czułem, że powinienem położyć jej dłonie na ramionach, wziąć za ręce, zapewnić jej jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale nie umiałem. Moje uczucia nie radzą sobie w byciu uczuciami-Ja...ja nie mam pojęcia, podobnie jak i ty. Czy należysz do Muzykalnych?
Spojrzała na mnie spode łba. Zmieniła się w ułamek sekundy z przerażonego kociaka we wściekłą lwicę.
-Czy to jest istotne?
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak. Jeżeli mam rację, to znajdujemy się tu wraz z conajmniej trzema innymi osobami.
Choć opuściła głowę widziałem, że prawie płacze. Nagle za jej plecami pojawił się ktoś jeszcze.
-Pierwszy raz widzę Intelektualistę!-jej głos, bo to też była dziewczyna, brzmiał miękko i głęboko jak krem. Taki dobry krem.
Przyjrzałem się twarzy nieznajomej i zobaczyłem coś w rodzaju otarć w kącikach ust. Ślady po linie. Zakneblowali ją. To Charyzmatyczka. Ten uśmiech, ton głosu, gesty, odpowiedni dystans miedzy nią a rozmówcą, ładna, nieco nijaka twarz. Czułem, że bedą z nią problemy-w naturze jej grupy leży przywiązanie do Intelektualistów, są naszym językiem, a my ich mózgiem. Nie twierdzę, że są głupi. Po prostu w każdej sytuacji wolą się nas słuchać, ufają nam jak dziecko matce.
-Racja-wybełkotałem raczej do siebie niż do nich-są tu jeszcze conajmniej dwie osoby. Jeden to ten Silny z zakrwawioną gębą, Charyzmatyczka i Muzykalna. Brakuje tylko Artysty...
Na lewo od nieprzytomnego Siłacza rozległ się głośny, piskliwy śmiech szaleńca.
-Właściwie-powiedział "autor" śmiechu, sunąc w naszym kierunku-to chyba jesteśmy w komplecie.
-Możliwe-odparłem-Przynajmniej nasz "zestaw".
Subskrybuj:
Posty (Atom)