czwartek, 23 lipca 2015

Wstęp do zasad

Nikt nigdy nie był mi tak wdzięczny, jak oni teraz. Po prostu pootwierałem im pokoje. Cała podejrzliwość wyparowała z nich w momencie, gdy ujrzeli czystą pościel. W sumie-nie ma co się dziwić, po wypadku z bombą w zamku opuściły nas resztki sił. I coś jeszcze.
Czułem, że ten wypadek, ta pierwsza strata, taki krwawy chrzest, wepchnęły nas na drogę, z której nie ma odwrotu. Mam słabą intuicję, ale to wiedziałem. Chyba właśnie wiedziałem, a nie czułem.
-Doookuuuseeeeiiii!-zajęczał Oliver, leżąc już na swoim łóżku-Daj mi, proszę...jeszcze jednego procha…
Wbiegłem, potykając się o próg, i usiadłem na podłodze, koło jego szafki.
-Nie mogę. Dopiero za dwie godziny…Jak tam? Krwawisz jeszcze? Uciska cię opatrunek?
Oby uciskał. Jakimś cudem nie rozerwało mu tętnicy na strzępy, ale wiadomo, i tak krwawiła spektakularnie.
A ja zdążyłem już porządnie zmarznąć. 
-Tja. Ale chyba jakoś mniej.
-Rze…rzeczywiście. 
Spojrzał w sufit i westchnął głęboko.
-Powiedz mi szczerze, Dokusei…Czy ja umrę?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zaraz pewnie przytoczę kilka ulubionych żartów. Śmierć bywa bardzo zabawnym tematem, jeżeli umiesz do tego odpowiednio podejść.
-Czy ja umrę, Dokusei?
-A, to z pewnością. Ale cię rozczaruję, bo raczej nie zrobisz tego teraz. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Rozśmieszyła mnie ulga wymalowana na jego twarzy.
-Kiedy mówiłem, żebyś mnie zabił-zaczął, znów wgapiając się w jasnoszary sufit.
-Taak? Pamię….pamiętam to, kontynuuj.
-Nie chciałem tego. Nie chciałem umierać.
-Cóż za niespodzianka, doprawdy. 
Odwrócił się znów w moją stronę i spojrzał mi w oczy z dziwną dla niego powagą.
-Obiecaj mi coś.
No nieźle. Szósta godzina gry, nie znam zasad, ale zawieram sojusze.
-Jeżeli nie będziesz musiał mnie zabijać…Nie rób tego. Choćbym płakał i błagał, nie rób tego. Jest ktoś, ze względu na kogo nie mogę sobie ot tak umrzeć. Jeśli nastąpi taka konieczność…Zrób to. Ale będę się bronić, ostrzegam.
Zamknął oczy, by się nie rozpłakać.
-Wiesz, Spence, co mnie zawsze bawiło?-postanowiłem mówić do niego po nazwisku, jak on do mnie.
Popatrzył na mnie z uwagą.
-Mówi się 'ja umieram, ty umierasz, on ona umiera'. Jakby to była czynność wykonywana przez mnie, ciebie, jego, ją. A przecież umierający nie jest tu wykonawcą czynności, prawda?
-Ale się wzruszyłem! Te, Srakrates! Ja tu wstrząśnienie mózgu mam! Posłuchaj...
Marco stał w drzwiach, trzymając się za obolałą głowę. Gdyby cokolwiek w niej miał, dawno by to uszkodził.
-Wstrząśnienie czego, Marco? Jest czym wstrząsać? Nieważne, zaczynało mi brakować tego wyrafinowanego poczucia humoru. Wciąż się zastanawiam, jakim cu…cudem twój zakuty łeb nie uszkodził ściany?
Nie myślcie, że każdy Intelektualista 'żartuje' jak ja. Albo że w ogóle żartuje. Po prostu wychowałem się w bardzo ironicznej, złośliwej rodzinie i starczyło mi bystrości, by tym nasiąknąć. Poczucie humoru to cecha nabywana przez całe życie, zależna od inteligencji i środowiska. Jestem więc skazany na kiepski sarkazm i nic na to nie poradzę.
Marco prychnął i podrapał się po szyi.
-Dasz mi procha?-zapytał.-Sam wiesz, że mocno przywaliłem.
-W sumie mogę ci dać, ale ca…cała tabletka to chyba za dużo. Przełamiesz na pół?
-W porządku-burknął-A, przy okazji, Misa coś znalazła. Chce nam o tym opowiedzieć.
-Hmmm…Po…poproś ją, żeby przyszła, bo my nie damy rady. Taka nie…niezręczna sytuacja!
-Zamknij się wreszcie, Dokusei!-warknął Oliver, szturchając mnie, żebym przestał się śmiać.
Beznadziejnie suche, nawet jak na mnie.
-Straszny z ciebie psychol, Dokusei-westchnął Marco, opierając się plecami o ścianę-Myślisz, że tego nie widać? Myślisz, że nie widać, że nie jesteś normalny? Że zabijałeś ludzi?
-Bo tobie tego zdecydowanie nie widać, Marco! Zwłaszcza numeru oddziału na nadgarstku. M419 to bynajmniej nie saperzy czy oddziały zwiadowcze…
Przycisnął mnie do ściany i zaczął dusić. Wisiałem jakieś piętnaście centymetrów nad ziemią i powoli ciemniało mi przed oczami.
-Jesteś bezczelnym śmieciem i…

                                                                           * * *

-…nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile osób modli się, żebyś zdechł jak najszybciej, albo, co lepsze, nigdy się nie narodził. A wróć, ty się nigdy nie narodziłeś, jesteś pieprzonym produktem z inkubatora-wysyczał Rzeźnik.
Tak Go nazywam. Tak Ich nazywam. Kopniak, z ust wylewa mi się kolejna porcja krwi. Moje wnętrzności zmieniły się w bezkształtną papkę, farsz do pierogów. Nie zabije mnie, nie może, moje życie jest warte o wiele więcej, niż ich wszystkich razem wziętych.
Albo, jak spojrzysz na to inaczej, nie jest warte absolutnie nic.
-Je…jeże…jeżeli mnie za…
-Co tam gadasz, gówniarzu?-Zapytał, pochylając się nade mną.
-Jeżeli mnie za…bijesz…-wycharczałem, siląc się na złośliwy półuśmiech-to zde…zdechniesz jak pies, zanim zdą…zdą…zdążysz się obej…rzeć. Jes...teś tylko kolejnym śred…średnio użytecznym osił…kiem, poganiaczem byd…ła, narzędziem prostszym od cepa, które moż…na zastąpić czymkolwiek. Myślisz, że ktoś się za…zawacha, zanim złamią ci krę…kręgosłup?-zakrztusiłem się krwią-Przecież szko…szkoda nabojów na ciebie, nie będą strzelać.
Zachowałem się jak idiota? Może. Nie, na pewno. Bo, widzicie, ja zawsze byłem strasznie dumny i lubiłem się odgryzać. Brak deseru, szlabany, dodatkowe zadania, pompki, areszt, ciosy, izolatka-nie zmieniało się nic oprócz konsekwencji, a to, co miało nauczyć mnie pokory, tylko podburzało narastający we mnie gniew.
Rzeźnik się roześmiał. Śmiał się długo i strasznie, prawie wypluł płuca, śmiech szaleńca. Zbyt dużo razy moim krótkim życiu słyszałem coś takiego.
-Masz rację, gówniarzu. Tutaj jestem niczym. Jestem niczym. Ale ty, mój drogi-ty jesteś nikim, a to o wiele- wiele gorsze, rozumiesz o czym mówię.
-Dzięku…ję za lekcje filozofii-o dziwo mówienie przestało sprawiać mi ból-ale prawda wyglą…wygląda tak, że jesteś ćpunem z rozbitą rodziną, psem na usługach gan…gu i terro…terrorystów. Błagam, myślisz, że tego nie wi…dać?
Na jego wychudzoną, bladą twarz narkomana wypełzł smutny uśmiech.
-Jeżeli cię odbiją i przeżyjesz-powiedział, patrząc w przestrzeń-To będziesz bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, młody. I sprawisz wiele nieszczęścia innym, a zwłaszcza tym, na których ci zależy.

                                                                           * * *
                                                             
-Marco, puść go natychmiast, on traci przytomność!-usłyszałem, jakby z bardzo daleka, głos Misy.
-Głuchy jesteś?! Puść go!-to Koe. Tak, to z pewnością ona.
Po chwili leżałem  na podłodze, charcząc i odzyskując ostrość widzenia. Nie było Rzeźników, zaciemnionej sali, tylko pokój, meble, i czworo nastolatków.
-Znalazłaś coś, Misa-powiedziałem nienaturalnym głosem, w końcu ten pacan mnie prawie udusił, ciężko mówić normalnie-Opowiedz nam proszę, jeśli możesz.
"Zwyciężyłem"-pomyślałem, patrząc na Marco. On to widział, a ja wiedziałem, że dla własnego bezpieczeństwa nie mogę stać zbyt blisko niego.
-Tak-szepnęła Misa drżącym głosem-To chyba zasady gry i myślę, że nie powinniśmy brać w niej udziału.
-Chcesz, żebym to przeczytał n głos?-zapytałem, wyjmując kartkę z jej drżącej ręki.
Pokiwała głową, wycierając rękawem łzy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz