Mam dosyć cienką skórę, przez którą prześwituje zarys małego kwadracika i ledwie widoczne światełko. Dioda?
Ciekawe, czy gdybym to usunął…
Stop. Pomyśl chwilę, idioto. Ktoś, kto odpowiada za tę chorą grę, idealnie wszystko rozplanował. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oczywiście, w tym systemie muszą być luki, ale raczej nie tak oczywiste.
Prawda?
Spojrzałem na ścianę z ekranem i licznikiem.
Gracz: Ace Dokusei
Czas od rozpoczęcia gry: 8h 32min 15s
Przeżyty czas: 8h 32min 15s
Wynik: 0
Statystyki: Brak
Poważne uszczerbki na zdrowiu: 0
No, trochę już tu siedzę.
Chciałbym tak.
Ok, powinienem powymyślać zadania dla Olivera. Jak najbardziej różnorodne, żeby go przygotować. To sprawa czysto techniczna, sprawa znajomości schematów. Pozostanie takim idiotą, jakim był, tylko nieco bardziej doświadczonym.
-Pierdolę-mruknąłem. Nie mam na to siły i ochoty. Później się tym zajmę. Może.
Kiedy doszło do tego wypadku, kiedy temu debilowi urwało rękę, TO wróciło. Na szczęście udało mi się TO wyprzeć. Cholera, cholera, cholera. To wspomnienie dokładne jak film.
Chciałbym sobie amputować umysł.
* *
Wyparcie lub represja (od łac. reprimere, odpierać, odpychać, tłumić) to jeden z mechanizmów obronnych znanych w psychologii. Polega na usunięciu ze świadomości myśli, uczuć, wspomnień, impulsów, fantazji, pragnień itp., które przywołują bolesne skojarzenia lub w inny sposób zagrażają spójności osobowości danej jednostki.
Wydawało mi się, że to wyparłem. Najwyraźniej niezbyt skutecznie.
Czasami miewałem koszmary. Czasami ktoś wspomniał o przybranych rodzicach i obrazy napływały jedną, krótką falą. Nie do końca udane, choć mimo wszystko skuteczne wyparcie-TO nie opuściło mojej świadomości, ale rzadko mnie dręczyło. Nie wiem, jak to ująć.
Bolesna świadomość prawdy.
Moi opiekunowie, Haigo i Tomas, wcale nie zginęli w wypadku po drodze do szpitala.
Czasami miewałem koszmary. Czasami ktoś wspomniał o przybranych rodzicach i obrazy napływały jedną, krótką falą. Nie do końca udane, choć mimo wszystko skuteczne wyparcie-TO nie opuściło mojej świadomości, ale rzadko mnie dręczyło. Nie wiem, jak to ująć.
Bolesna świadomość prawdy.
Moi opiekunowie, Haigo i Tomas, wcale nie zginęli w wypadku po drodze do szpitala.
Nie wiem czemu, zawsze uważałem się za sierotę. Technicznie to niemożliwe-nigdy nie miałem rodziców, więc jak mógłbym ich stracić? Częściowo pozbawiona genomu komórka jajowa jakiejś pani-gotowej-na-wszystko-dla-nauki i syntetyczny plemnik. Tyle. Owszem, miałem Haigo i Tomasa, opiekowali się mną przez lata, dawali mi niemal wszystko, czego potrzebowałem, z miłością na czele. Ale nie potrafiłem wykrztusić słów "mamo" czy "tato". Jednak nastał taki dzień, w którym zrozumiałem, co naprawdę oznacza osierocenie.
Dwunasty marca. Wysiadłem wraz z Odprowadzaczem z autobusu, którym wożono produkty do i z Ośrodków (taka idealnie chroniona wersja szkolnych gimbusów. Nie będę się nad tym rozwodził, dodam tylko, że szanse niewrócenia do domu wynosiły zaledwie 4,5%, m.in. dzięki wykwalifikowanym ochroniarzom oddającym nas bezpośrednio w ręce przybranych rodziców.) Coś mi nie pasowało. Dziwne przeczucie. Czasem się nad tym zastanawiam, co mi nie pasowało. Zapach, gęstość powietrza, cisza? To bez znaczenia.
Drzwi domu były otwarte. W sensie, nie zamknięte na klucz. Ze środka nie dobiegał żaden dźwięk.
-Coś się stało-powiedziałem. Przytaknął. Miał jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu i budowę porządnej szafy. Często mnie odprowadzał. Jak się nazywał? Jason? Chyba tak. Pochodził z wielodzietnej nigeryjskiej rodziny, skończył studia, służył w wojsku. Porządny facet, nie?
Weszliśmy jak najciszej się dało i skierowaliśmy się w stronę salonu. Chciał mnie wypchnąć, ale byłem już w środku.
Na dywanie leżała Haigo w wielkiej kałuży krwi. Sprawca chyba coś w niej umoczył i napisał na ścianie:
Z D R A J C Y G I N Ą M A R N I E
To chyba dużo ran zadanych ostrym narzędziem, plus jedna wielka rana tułowia. Jakiś starszy kolega z ośrodka mnie tego nauczył-rozpoznawania…Nieważne. Przyjrzałem się dokładniej. Obok rozprutego brzucha Haigo leżało. Leżał, leżało. Ewentualnie leżała, ale raczej nie.
-Ace!
Leżał mój przyszły przybrany braciszek.
-Ace!
Kręci mi się w głowie, ale to jeszcze nie kolory. Na kolory muszę poczekać. Nie wolno mi jej dotykać. To miejsce zbrodni, miejsce kredy i taśmy z napisem "ZAKAZ WSTĘPU". Miejsce zdjęć i policyjnych mundurów.
-Ace! Stój!
Nie wiem, jak to zrobiłem, ale Jason nie zdążył mnie zatrzymać. I nie zaczął mnie gonić gdy pobiegłem po schodach. Po drodze dwa razy się wywaliłem. Drżącą ręką otworzyłem gabinet Tomasa. Wiedziałem, że tam go znajdę.
Nie pomyliłem się.
Leżał. Na drewnianej podłodze, pomiędzy biurkiem a drzwiami, z raną postrzałową na środku czoła i otwartymi, zastygłymi w zaskoczeniu oczami.
-Wynocha, wynocha! Wynocha, obrzydliwe robale!-darłem się, odpędzając od niego muchy. To musiało się stać jakiś czas temu, skoro już...
Sprawca wlazł przez okno. Dezaktywował system bezpieczeństwa. Nie znałem się na tym, ale musiał mieć jakiegoś wspólnika lub wybrać odpowiednią porę, kiedy nikogo nie ma w pobliskich domach, bo niezależnie od tego, jak dobrym informatykiem…
Wtedy uderzyła mnie ta myśl. Wszyscy nasi sąsiedzi pracują w bardzo różnych godzinach, a pani Goldberg jest gospodynią domową. Domy wokół nie mogły stać puste. A to może, choć nie musi oznaczać zmowę.
Zmowa.
Terrorystyczny atak, wynikający z nienawiści do produktów i osób, które zgodziły się przejąć nad nimi opiekę. To się często zdarza. Na przykład teraz. I możliwe, bardzo możliwe, nie jestem detektywem, a nawet gdybym był, to mógłbym się mylić, możliwe, że nasi sąsiedzi na to zezwolili. Niema zgoda. Niema zgoda tych wszystkich fałszywych ludzi, którzy się z nami witali, rozmawiali, zapraszali na chrzciny dzieci, dawali mi słodycze na Święta.
Najwyraźniej zdrajcy nie giną marnie, tylko starzeją się spokojnie i komfortowo.
Kłamcy.
-Kłamcy, kłamcy, oszuści, sztuczni, sztuczni ludzie!
Mój wrzask najwyraźniej zwabił tu Jasona. Patrzył na mnie spokojnym wzrokiem kogoś, kto za chwile pęknie. Tornado w szklance.
Upadłem na kolana i schyliłem głowę. To dzień mojej śmierci i moich narodzin. Wymiana względnie niewinnej wersji beta na to, co widzę teraz w lustrze.
-Wiesz co, Jason?-zacząłem bezbarwnym głosem-zawsze myślałem, że jestem sztucznym człowiekiem. A teraz wydaje mi się, że to nie ma znaczenia, skąd się wziąłeś na świecie i czy jesteś tylko eksperymentem, jak ja, czy też normalnym człowiekiem jak ty. Sztuczność to cecha nabyta.
Teraz uważam tamte słowa za trochę żałosne. I gówno mnie to obchodzi, przecież mimo ponadprzeciętnego intelektu i wiedzy, mimo postawionych przede mną przez cały świat oczekiwań, byłem po prostu jedenastoletnim chłopcem, który właśnie stracił dwie najbliższe, najcenniejsze, najukochańsze osoby. A może nawet trzy.
Odprowadzacz stał i patrzył na mnie w milczeniu. Po kilku sekundach podszedł do mnie z bladym uśmiechem, delikatnie objął ramieniem i wyprowadził z gabinetu.
Odprowadzacz stał i patrzył na mnie w milczeniu. Po kilku sekundach podszedł do mnie z bladym uśmiechem, delikatnie objął ramieniem i wyprowadził z gabinetu.
- Zadzwoniłem po B-policję. Powiedzieli, że za chwilę przyjadą, a ja mam zabrać cię do domu. Ok?
Kiwnąłem głową. Chciałem coś powiedzieć, ale ścisnęło mi przełyk. Woda w płucach i dym w głowie. Nie mogłem iść. Musiał mnie nieść.
Nie wiem, kiedy ich pogrzebano, bo przez kilka dni spałem i straciłem rachubę czasu. Nikogo o nic nie pytałem, nikt mi nic nie mówił. Mieli dużo pieniędzy, a babcia Tomasa, ledwo dysząca staruszka, kazała im sprawić piękną ceremonię pożegnalną. Nie miała sił, by się mną opiekować, ale spędziłem u niej jakieś dwie doby. Karmiła mnie, próbowała rozmawiać i kupiła mi elegancki garnitur. Kiedy go zobaczyłem to pomyślałem, że właśnie w czymś takim chciałbym zostać pochowany.
Były tłumy, dobrej jakości trumny, świetnie urządzona stypa. Podchodzili do mnie różni dorośli, identyczni, bez twarzy.
-Biedne dziecko-mówili, a w zarobaczałej głębi się uśmiechali albo, w najlepszym wypadku, mieli mnie gdzieś. Wiem to.
Jak na filmach, padał wtedy szary, zimny deszcz.
* *
"Ktoś mnie uratował" pomyślałem, usłyszawszy pukanie do drzwi
-Proszę!
-Proszę!
Do pokoju wszedł Marco z małą latareczką.
-W sumie trochę z opóźnieniem-zaczął-ale postanowiłem ci to dać. Zawsze mam jakąś dodatkową w kieszeniach kurtki lub bojówek.
Rzucił na moje łóżko zawiązaną na gumkę, zwiniętą w mikro rulon koszulkę.
-He? A, racja. Pożegnałem się ze swoją koszulą chwilę po tym, jak Oliver pożegnał się z ręką.
-Zapomniałeś, że latasz półnagi?
-He? A, racja. Pożegnałem się ze swoją koszulą chwilę po tym, jak Oliver pożegnał się z ręką.
-Zapomniałeś, że latasz półnagi?
-Właściwie to raczej ćwierćnagi. Dzięki! Czyżbyś się bał, że zmarznę?
-Nie. po prostu mam dość twojego cherlawego torsu.
-No ja wiem, że cię rozprasza, nie możesz oderwać wzroku.
-Jesteś zabawny jak zwykle, Dokusei. A może nawet bardziej.
-Skąd wiesz, jak zabawny jestem zazwyczaj?-buknąłem-Znamy się od kilku godzin.
-Nie szkodzi.
-Dzięki za namiot, Marco.
-No może i jest z trzy razy za duża, ale powinieneś być mi wdzięczny.
-Przecież jestem.
-Skurwiel.
I wyszedł. Już za drzwiami dodał:
-Koe chyba ma igłę i nitkę, może ci to zmniejszyć. Nie śpi, jakby co.
-Skąd to wiesz?
Nie odpowiedział. Nie, żebym go o coś posądzał, ale…
Chwilę później pukałem do Koe.
-Cześć. Mo…mogłabyś mi to zmniejszyć?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Trzeba się wytłumaczyć.
-Mar…Mar…Marco powiedział, że masz przybo…bory do szycia i nie śpisz, to pomyślałem, że…
Nawet sobie nie wyobrażasz, jak chciałem się wtedy pierdolnąć w czoło.
Niby tam kiedyś chodziłem do logopedy. Nie tylko przez jąkanie, ono nadeszło później. Skutek traumy. Ale od najwcześniejszych lat brzmiałem jak rodowity Anglik z ustami pełnym kaszy niezależnie od języka, jakim się posługiwałem. Teoretycznie się poprawiłem, ale Koe pewnie miałaby inne zdanie na ten temat. Niektórzy ludzie przeszywają cię wzrokiem. A niektórzy patrzą tak, że przez wszystkie nerwy zaczyna ci przepływać zimny prąd. Sto tysięcy wolt w każdym nerwie mojego ciała, ja wiem gdzie mam nerwy, poczułem je wszystkie na raz w ciągu ułamka sekundy. No i Koe to taki człowiek. Sparaliżowała mnie.
Niby tam kiedyś chodziłem do logopedy. Nie tylko przez jąkanie, ono nadeszło później. Skutek traumy. Ale od najwcześniejszych lat brzmiałem jak rodowity Anglik z ustami pełnym kaszy niezależnie od języka, jakim się posługiwałem. Teoretycznie się poprawiłem, ale Koe pewnie miałaby inne zdanie na ten temat. Niektórzy ludzie przeszywają cię wzrokiem. A niektórzy patrzą tak, że przez wszystkie nerwy zaczyna ci przepływać zimny prąd. Sto tysięcy wolt w każdym nerwie mojego ciała, ja wiem gdzie mam nerwy, poczułem je wszystkie na raz w ciągu ułamka sekundy. No i Koe to taki człowiek. Sparaliżowała mnie.
-…że…słuchaj, czy mogłabyś mi to zmniejszyć?
Podano surowicę, neuropatogeny zneutralizowane, porażenie ustąpiło. Odzyskałem mowę, przynajmniej częściowo. Chyba zaczynam rozregulowywać się psychicznie. Nie za wcześnie na to?
-Co to za szmatsko?
-Co to za brak szacunku wobec koszulki Marco?
-Ok, rozumiem-zachichotała-siadaj. Masz coś do cięcia? Jakieś nożyczki, cokolwiek ostrego?
-Nie.
Dobrze schowałem mój nożyk. Czuję, że jeszcze mi wielokrotnie uratuje życie. Jeżeli Marco okaże się godny zaufania i chętny do współpracy, mogę go poprosić o kilka lekcji walki na noże i…
-No to chwilę to potrwa, trzeba rozpruć wszystko igłą.
-Okay.
-Siadaj-rzuciła, pokazując palcem na swoje łóżko. Jak dla mnie niezręczna sytuacja. Nie, żebym coś sugerował, ale.
-O…Okay.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz