niedziela, 10 stycznia 2016

Small-talk

  Dodatkowe palce to, na swój sposób, piękna sprawa. Igła w rękach Koe tańczyła jak Masaj przyzywający deszcz. Wyjątkowe zdolności manualne, nawet jak na Muzykalną. Mam nadzieję, że nie włada równie dobrze innymi ostrymi narzędziami, bo mogłoby się to dla mnie bardzo przykro skończyć. Gdyby... 
Nie. Stop, ctrl+z, do tyłu. To nieodpowiedni moment na snucie czarnych scenariuszy, za wcześnie, za wcześnie na paranoję.
Za wcześnie na paranoję. "Za wcześnie na paranoję?" Za późno na takie gadanie. Ona już wykiełkowała. Rośnie z minuty na minutę, to wspólny nam wszystkim guz mózgu, zakaźny ropniak, czuję go przez ściany, zapach gabinetu weterynaryjnego, cichy zapach zwierzęcego strachu.
  Siedzę w pokoju Koe już od niemal pół godziny, a żadne z nas nie odezwało się ani jednym słowem. Dwudziesta ósma minuta. Szesnasta sekunda. Potrafię milczeć bardzo długo, nawet przebywając z kimś sam na sam. Zastanawiam się czasami, co ten ktoś o mnie myśli. "Upośledzony? W końcu laboranci też popełniają błędy... Nie, pewnie po prostu dumny cham!" A to nie tak. To nie tak, że kimś gardzę i uważam za niegodnego zaszczytu, jakim jest pogadanka ze mną. Ja najzwyczajniej w świecie nie radzę sobie ze small-talk. Pogoda? Wystrój miejsca, w którym się znajduję? "Często tu bywasz?" Co mam powiedzieć, oświećcie mnie! Albo i nie. Zawsze na zarzuty braku umiejętności konwersacji odpowiadałem taką krótką rymowanką :"Od strzępienia języków mamy Charyzmatyków". 
Rozmawiam zazwyczaj w jakimś celu i rzadko kiedy jest nim pragnienie kontaktu. Ace to osobnik dosyć niestadny. Pamiętam, że raz nie opuściłem pokoju przez trzy tygodnie i nie zamieniłem z nikim słowa. Jedzenie zostawiano mi pod drzwiami, materiały naukowe i testy dostawałem online, wykłady transmitowano do pokoi chorych uczniów. Bo nie tylko mnie rozłożyło. Sezon na grypę zbierał swoje żniwa. Chyba czterech Intelektualistów, dwunastu Silnych, sześciu Artystów, pięciu muzyków i siedmiu Charyzmatyków miało gorączkę, pluło płucami i wysmarkiwało resztki zblazowanych mózgów. Swoją drogą, czemu pamiętam takie pierdoły? Chyba dlatego, że rzadko choruję, jak większość Produktów. Prócz Silnych, ci zwykle z zarazami radzą sobie marnie. To cena, którą płacą za mglistą nadzieję, że nie zejdą w ciągu pierwszych dwudziestu lat życia na niewydolność… właściwie wszystkiego, czego tylko można. Jedyną mglistą nadzieję, czyli możliwość przeszczepu.
Wizja przeszczepów organów między Produktami a normalnymi wydała się zwykłemu, szaremu obywatelowi czymś groźnym, amoralnym i bardzo niebezpiecznym. Tłum woli się bać i krzyczeć, niż uczyć i myśleć, więc odpowiedzią na serię absurdalnych tez, publicznych protestów i falę propagandowego chuligaństwa było obniżenie odporności części Silnych. Wszyscy, albo prawie wszyscy, mamy tę samą grupę krwi i choć międzynarodowe prawo i związani z nim przedstawiciele władzy nie wypowiada się jednoznacznie w tej kwestii, większość krajów, dla świętego spokoju, zabrania tzw. "transfuzji międzyrodzajowych". Żaden problem, dzielni laboranci poradzili sobie z postawionym przez społeczeństwo zadaniem-rachu ciachu bam i bim macie jedną grupę krwi! Wy małe, kosztowne śmieci.
Gorzej miała się sprawa z przeszczepami innych tkanek. Tu trudniej o zgodność. Na którejś z licznych konferencji naukowych padł nieco cyniczny pomysł radzenia sobie z odrzucaniem organów dawcy: osłabmy układ odpornościowy potencjalnych biorców tak, by nie odrzucali przeszczepów. Ale i nie umierali, tego nie chcemy. Nikt nie lubi, gdy jego inwestycja albo gnije z niewydolności nerek, albo topi się przy byle przeziębieniu, prawda? Prawda. Trzeba więc jakoś temu zaradzić.
I na to znaleźli sposób. Tabletki z przeciwciałami, coś jak codziennie przyjmowana surowica. Nienabywalna odporność z zewnątrz. Szybko zwiewająca po ukończonej robocie ekipa ratunkowa.
Do wdrożenia projektu w życie przygotowywano się dosyć długo. Rozpisawszy dokładny plan produkcji, podzielili Silnych na dwie części, w stosunku jeden do czterech. Te dwadzieścia pięć procent wybrańców, bunkrów antychorobowych skazanych na przerosty lewych komór, miało uformować najróżniejsze oddziały wojskowe stacjonujące w klimacie okołorównikowym. Tam, gdzie każda upierdliwa, gryząca mucha przynosi śmierć w męczarniach. Resztę czekały wojny na Bliskim Wschodzie, działania na terenie Chin i Rosji, a tych najszczęśliwszych-powolne niszczenie mózgu przez kolejne ciosy zadawane na ringu czy boisku. Bo to oczywiste, że Siłaczy szybko zwerbowano do zabawiania spragnionego krwi tłumu. Chleba i igrzysk, burgera i walk w kisielu. Nic się nie zmienia.
-Jednak jesteś bardzo dziwny, Ace. Myślałam, że zabawisz damę, a tu co?
-Wy… wybacz. Odpłynąłem.
-No właśnie widzę. Często ci się to zdarza, nie?
Oderwałem wzrok od licznika i odwróciłem się twarzą do Koe. Nerwowy uśmiech i smutne oczy. Nigdy nie widziałem takiego wyrazu twarzy. Moja inteligencja emocjonalna jest na, powiedzmy, bardzo przeciętnym poziomie, więc skoro to zauważyłem, nie, zauważam za każdym razem, muszą przez nią przebijać naprawdę silne emocje. Zacząłem się zastanawiać co decyduje o "nastroju" czyichś oczu. Kąt, napięcie otaczających mięśni, szerokość źrenic, nawilżenie rogówki? Zazwyczaj zadowalała mnie ta myśl i pragnąłem ją jedynie rozwinąć. Ale czasami, czasami chciałem wierzyć, że to nie tak. Jest coś jeszcze. Równie prawdziwego, ale mniej empirycznego.
-Ha? Yyy… tak. Patrz: przykład powyżej. Ale czym ja bym miał zabawiać damę?
-Wtedy- odparła, spoglądając w ten specyficzny, lekko matczyny sposób. Jak Haigo- Wtedy nic o sobie nie powiedziałeś. Tam, na początku. A szkoda. Jeżeli to nie problem...
-Jasne. Rozumiem.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem recytować. Podstawowe informacje. Wyuczony biały wierszyk o zainteresowaniach, Centrach i Ośrodkach, wypadku Tomasa i Haigo. Koe słuchała z uwagą i takim lekkim niedowierzaniem, jak słucha się dziecka tłumaczącego skąd ten smród papierosów.
-Przykro mi z powodu twoich rodziców.
-Nieważne. Było, minęło. I tak bym już ich pewnie nie zobaczył.
Nagle przestała szyć,  odłożyła przybory na szafkę i wstała, w tym geście brzmiało poirytowane"przepraszam, potrzebuję przerwy."
-Też bym chciała. Też bym chciała umieć tak myśleć. Jesteś... Nie, nic. Nie mam prawa cię oceniać, nie?
Podeszła w stronę drzwi i zawróciła. Przeciągała się idąc i strasznie chrupała kośćmi, aż mnie dreszcz przeszedł. Nienawidzę tego dźwięku od małego, a słyszałem go, niestety, często. Haigo lubiła sobie pochrupać szyją.
-Wiesz, co mnie smuci?-rzuciła nagle Koe nieco pogodniejszym tonem-Że przez to durne porwanie i jeszcze durniejszą gierkę nie dokończyłam jednej świetnej książki.
-Książki? Jakiej?
Gdy zaczęła opowiadać o jakimś stosunkowo, podkreślam, stosunkowo ambitnym romansidle, mogłem więc tylko potakiwać i jej słuchać. Płynnie przechodziła na inne dzieła tego samego autora i jej "wysłuchiwany" ze skupieniem monolog trwał. Uff, co za ulga!
Po dwóch godzinach wychodzę. 
-Do...dobranoc. Bardzo dziękuję za pomoc.
-Nie ma za co. Ustalaliśmy jakieś grupowe spotkanie?
-Nie. Chyba...
-A. W takim razie, do zobaczenia!
Wychodzę. Chyba chciała mnie po przyjacielsku objąć lub choćby podać rękę, ale ups, uciekłem, pocąg odjechał, statek odpłynął, odpłynął ku upragnionej samotności. Na korytarzu pachnie spokojniej. Wszystko rusza. Rusza z miejsca, zaciskam palce na koszulce, nareszcie mój rozmiar. Czas spać.
-Ace.
Przeszedł mnie dreszcz. Powietrze znów jest ciężkie od strachu.
-Chodź, Ace-Misa dotknęła mojego barka-jeśli nie jesteś zbyt zmęczony, chciałabym z tobą porozmawiać.
-Jasne-odparłem.
Chyba w tym miejscu nigdy się nie śpi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz