wtorek, 31 marca 2015

Wizyta

-Cześć, młody-Cody powitał mnie szerokim uśmiechem-W wariatkowie dzień wolny?
Pachniało kurzem i starym drewnem.
-Ta. Mogę coś do picia? Umieram z pragnienia.
Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec ożenił się po raz drugi i niespecjalnie interesował się synem. To siostrzeniec moich przybranych rodziców. Chciał się mną zająć po ich śmierci, zabrać mnie do Japonii. Nie pozwolono mu zostać moim opiekunem, bo był jeszcze niepełnoletni. Gdy...gdy pojawiła się taka możliwość, obchodziłem już czternaste urodziny i nie mieliśmy wyjścia. Znowu trafiłem do Centrum. Znowu, bo nie zadawano sobie trudu, by znaleźć mi inną rodzinę zastępczą, kiedy zostałem sierotą. Taka okazja rzadko się zdarza-legalny bachor z podgrupy A. Długo się nie nacieszyli, bo...
-Opowiadaj. Jak się żyje w probówce?
Lubiłem go. Nigdy nie próbował być milszy, niż naprawdę miał na to ochotę. On chyba też mnie lubił-rzadko miewał innych gości w tym dwupokojowym, ciasnym mieszkanku, pełnym papierów i książek.
-Nie spałeś-stwierdziłem, spoglądając na wielkie, ciemne worki pod jego oczami-Znowu zerwałeś noc na naukę?
Spojrzał na mnie, udając wesołość. Przy każdym naszym spotkaniu wyglądał coraz gorzej, jakby ktoś wysysał z niego siły przez słomkę do napojów.
-Muszę zdobyć wykształcenie i zawód, zanim wszyscy dorośniecie. Nie mam z wami szans...
Produkcja nadludzi stawia przed władzą bardzo ważne pytanie: co robić z tymi normalnymi. Przynajmniej dopóki nie będziemy stanowić absolutnej większości...
-Strasznie się boisz, Cody-powiedziałem nagle, gapiąc się w moją szklankę z lemoniadą-Prawda?
Bał się często, ale nigdy tego nie okazywał. A widywałem go, gdy siedział do późna nad zeszytami, aż do wycieńczenia, przez które nie mógł spać. Nie mógł też pracować, włóczył się więc bez celu pomiędzy salonem, sypialnią, lodówką i balkonem. Wysoki i nieźle umięśniony, do niedawna zawodowo grał w kosza. Dużo pali i kaszle, ma krótkie, rude włosy, brązowe oczy, wrednego kota o imieniu Tłuścioch i lekko zużytego, neonowo niebieskiego Fiata.
-Masz rację-odparł Cody po chwili zastanowienia-wszyscy się boimy. Ale prawda jest taka, że ty boisz się najbardziej. I nie mów, że nie, bo...
Ech, Cody, Cody. Zawsze to powtarzasz.
-Znasz mnie zbyt dobrze, co? Poczekaj, niestety muszę przerwać tę przemowę. Idę do łazienki.

-Cholera-syknąłem, wyciągając spod strumienia wody poparzony palec. Uroki taniego kranu...
Spojrzałem w lustro. Ochrzaniłem Cody'ego, ale sam nie wyglądałem lepiej. Od kilku miesięcy praktycznie nie jadłem, a w snach codziennie zabijałem, uciekałem, kłamałem i zdradzałem sojuszników, brałem udział w jakichś chorych grach, na końcu których zostawałem sam z zakrwawionym nożem w ręku, krzycząc "zwycięstwo!". Albo leżałem na wpół martwy patrząc, jak moje wnętrzności wylewają się z ran na podłogę. Czasami, ale bardzo rzadko, śniła mi się Haigo.
Przetarłem ręką brudnawe lustro, żeby móc się przejrzeć. Podobno byłem przystojny. Może bez tych sińców, wystających zewsząd kości i chorobliwie bladej skóry naprawdę wyglądałbym dobrze. Nie wiem. Chyba nie mam w tej sprawie wiele do powiedzenia.
Ostatnio bardzo często zastanawiam się nad sobą i coś ewidentnie jest nie tak. Jakby poprzedni "ja" się rozsypał, a nowy nie zdążył się uformować. Jakbym nie istniał. Pan Nikt, bardzo mi miło, nie mam pojęcia czym się stałem i co zamierzam z tym zrobić. Jeżeli człowiek zaczyna wyglądać na przygnębionego, to jest z nim już bardzo źle. Problemy są jak pasożytnicze robaki-nie wydostaną się poza twoje wnętrze, dopóki nie dojrzeją.

Wyszedłem około dziewiętnastej, a do wariatkowa, jak to określił Cody, musiałem wrócić następnego dnia o dziesiątej. Jak nie, to pościg, powrót z eskortą i surowa kara. Każdy z nas ma wszczepiony pod skórą na plecach nadajnik, którego nie umiemy się pozbyć. Nie tylko dlatego, że czasami trudno dosięgnąć-ja na przykład potrafię to zrobić. Lewą ręką. Po prostu nie widzę sensu w ucieczce-tylko w małym, sztucznym światku, możemy żyć normalnie. Wszędzie indziej uważa się nas za potwory lub w najlepszym wypadku użyteczne maszyny, jak szlifiarka czy mikrofalówka.
Chłodny wiaterek nosił po ulicy różowe płatki wiśni.
-Tfu!
Jeden trafił mi do ust.
Zatrzymałem się. Chyba ktoś za mną szedł. Chciałem się odwrócić, ale było już za późno...
Poczułem okropny ból-najpierw w nogach, później w brzuchu, jakbym oberwał metalowym kijem. Przystawili (przystawił? przystawiła?) mi jakąś szmatkę do twarzy. Odpływam.
-...za grzechy. Swoje i...-męski głos docierał do mnie jak zza mgły.
Czyli jednak "przystawił" lub "przystawili", pomyślałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz