niedziela, 12 kwietnia 2015

Integracja

-To kara boska!
Rozemocjonowane staruszki w śmierdzących naftaliną, filcowych beretach szeptały, siedząc na ławeczkach przed blokiem. Brzydkie, szare osiedle. Tutaj takich brakuje, ale w Berlinie jeszcze się ostały. Haigo, moja przybrana matka, studiowała w Niemczech i tam poznała Tomasa. Najpierw mieszkali w Japonii, oboje pracowali w firmie informatycznej. Wróciliśmy do Berlina już we trójkę. Właściwie we czwórkę, ale po kilku dniach okazało się, że Haigo znowu poroniła. Współczułem im, tej pechowej parze, bardzo źle znosili mieszankę tęsknoty, frustracji, wstydu i niezrozumienia po każdej wizycie u lekarza. W sumie to nie tylko im współczułem, chyba ich kochałem.
-Jak się bierze diabła do domu...
Siwa, przygarbiona babka z rosyjskim akcentem nie dokończyła, bo właśnie przechodziłem obok. Nie myślcie, że mieszkałem w tej wylęgarni patologii, pełnej nieletnich prostytutek, ćpunów, alkoholików i zabiedzonych staruszków, którzy nie potrafili się tu odnaleźć, zbici w ciasne stadka pod klatkami schodowymi i w prowizorycznych klubach seniorów.
Niewiele takich osiedli się ostało.
Mieszkałem na prestiżowym osiedlu niezwykle nowoczesnych, drewniano-szklanych domków jednorodzinnych, pełnych porcelany, perskich dywanów, sztuki nowoczesnej i smart-mebli, nadętych nowobogackich i strzyżonych ręcznie żywopłotów.
Wyglądało to, jakby psychopatyczne dziecko wcisnęło te dwa światy w jedną, małą przestrzeń, a teraz śmiało się, prawie spadając z wysokiego stołka, górującego nad szarymi blokami.
Jak się bierze diabła do domu...
Właśnie tak o mnie myśleli. O prawie zwyczajnym, osieroconym dziecku. Nawet po tym, gdy stało się...Nieważne. Nie chcę o tym myśleć. Muszę się wyłączyć, chciałbym się wyłączyć, wziąć do ręki coś ostrego i amputować sobie umysł, myśli, te kalekie wspomnienia i sny. Bo kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.

*  *  *
Znaleźliśmy drzwi. Zaprowadziły nas do dużego, oświetlonego pomieszczenia, z kilkoma monitorami na pokrytych bordową tapetą ścianach. Pod sufitem znajdowało się małe okienko zasłonięte ciężką zasłoną. Połowę jej masy wydawał się stanowić kurz.
Sportowiec ocknął się w chwili, gdy opuszczaliśmy ciemną salę. Nazwałem ją punktem startu. A może to właśnie punkt końca? Myśli biegają mi po głowie jak schizofrenik pewny, że wokół szaleje pożar. Bardzo często tak mam, jakby ktoś wyświetlał mi przed oczami zmieniające się z ogromną prędkością słowa i obrazy. Słowa słowa słowa słowa. Obrazy. Kiedy wdaje się zakażenie, amputacja jest konieczna.
-...poznali?-zapytał, spoglądając na mnie. Ten chłopak, Artysta. Na pewno Artysta. 
Niski, raczej szczupły. Mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy, w podartych czarnych jeansach i koszulce jakiegoś metalcore'owego zespołu. Spod pseudohipsterskiej czapki "beanie" wyłaziła jasnobrązowa grzywka. Miał owalną twarz, zamglone, szare oczy, piegi i podkówkowaty kolczyk w przegrodzie nosowej. Przebiegłem po nim dwa razy wzrokiem i mogę dać głowę, że to Artysta. I że przysporzy nam trochę problemów. Z przeczuciami i intuicją jest u mnie różnie, ale widziałem już takich. Mieli ten sam wyraz twarzy, te same myśli, to samo nastawienie, wszyscy byli jak tykające bomby, misterne rzeźby z prochu strzelniczego, piękne i ciekawe, ale bezcelowo niebezpieczne. Swojego rodzaju skutek uboczny, bardziej uboczny, niż my wszyscy; zabawka laborantów. Powołani do życia nie do końca wiadomo po co, introwertyczne dzieciaki z ponadprzeciętnymi zdolnościami manualnymi. Znerwicowane, wrażliwe dzieciaki, pełne wszczepionej im od początku, wprogramowanej potrzeby wyrażania skomplikowanych uczuć przez sztukę, obrazy i słowa, kształty plam, substancji i liter.
Słowa słowa słowa słowa. Widzicie to, moje myśli nabierają rytmu.
-Ma...masz rację-odpowiedziałem, spoglądając na Artystę-zanim zaczniemy się zastanawiać nad naszym położeniem, powinniśmy, tego no, wiedzieć, jak się do siebie zwracać. Bo, em, nikt z was chyba nie chce być określany jedynie bardziej lub mniej złośliwą nazwą grupy, do której należy, prawda?
Pokiwali głowami. Tylko z pozoru zachowywali się spokojnie-nerwowe tiki, rozlatane oczy. Silny nawet nic nie ukrywał, chodził w kółko jak zaburzony chomik. Moja sąsiadka z dzieciństwa takiego miała-rozdrapywał sobie skórę, biegał ciągle po tej samej trasie i zabił się, gdy po raz pierwszy wypuszczono go z klatki. Od tamtej pory nie lubię chomików. Głupie, włochate kulki.
-Jestem Koe Merodi-zaczęła Muzyczka, nawet na nas nie patrząc. A szkoda, bo miała ładne, liliowe oczy. Laboranci lubią się pobawić -Mieszkałam w Tokyo, a później w tamtejszym Centrum. Gram na skrzypcach, pianinie, saksofonie, gitarze, flecie, akordeonie...
-Wystarczy!-zawołał Artysta, śmiesznie wymachując rękoma-Stop! Dzięki! Koniec! Nie zapamiętamy!
-Opowiesz nam jeszcze kiedyś?-zapytała Charyzmatyczna z uśmiechem konsultantki biura-Teraz i tak nie zapamiętamy, jak powiedział kolega...
-Jestem Oliver Spence-rzucił Artysta, depcząc prawą nogą koniuszek lewego buta-Przeprowadziłem się do Japonii dwa miesiące temu, z Anglii. Głównie rysuję, grafika i te sprawy. Trochę rzeźbię. Słucham zespołu Self War. W sumie tyle. Nie wiem, po co to mówię.
-Komfort psychologiczny-odparłem.
-Słucham?-Silny nagle włączył się do rozmowy-Powtórzysz?
-Powiedziałem komfort psychologiczny. Wszyscy chcemy go mieć.
-Myślę, że miałbym go najwięcej, gdybym się stąd wydostał-westchnął- A tak w ogóle to mam na imię Marco, przenieśli mnie z Holandii, gdy byłem mały.
Wrzucono go wtedy w rzeczywistość, której nie potrafił przełknąć. Miał w sobie coś z weterana wojennego, być może wcielili go do wojska, z Siłaczami często to robią, nawet z dziećmi. Nie wiem.
-Misa Supichi, bardzo mi miło-odgarnęłą rude włosy i obrzuciła nas kolejnym uśmiechem, jeszcze gorszym, uśmiech biurwy, uśmiech pielęgniarki w Centrum, uśmiech przyszywanej matki, która czuje ulgę, oddając dziecko do Centrum-Pochodzę z Kioto, zamierzam zaangażować się w politykę. Mam brata, Nodo. Jesteśmy bliźniakami dwujajowymi-wyjaśniła.
Aha, pomyślałem. Aha. To dzieci, próbują zbudować więź, potrzebują zaufania. Różnimy się-oni chcą poczuć się bezpieczni, znalezienie rozwiązania to dla nich sprawa drugorzędna. Ja mam inną hierarchię wartości.
-Ace Dokusei.
To nie tak miało brzmieć, nie chciałem wyjść na ignoranta z aspergerem, nie. Zatkało mnie po prostu. To nie tak, że nie powiedziałem nic więcej, bo uważam, że to nieistotne.
-Ja...-dodałem, gdy zaczęli się we mnie intensywnie wpatrywać- Najpierw mieszkałem w Tokyo, następnie w Berlinie, później wróciłem.
Aha, pomyśleli pewnie. Aha.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Nie tej, w której znalazłem nóż, do drugiej.
Była tam kartka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz