Kartka.
Udałem, że podciągam spodnie i odsunąłem rękę od kieszeni. Przecież nie wyciągnę kartki przy wszystkich, odczytując na głos jej treść. Jeżeli ma treść.
W pokoju zapanowała cisza, jakby do każdego już dotarło. Nie wiem niestety co.
-Trze...trzeba się rozejrzeć-powiedziałem, głośniej niż należało-Gdzie się
znajdujemy i dlaczego. Wątpię, żebyśmy, no, mogli stąd sami wyjść. Mamy
szansę zostać uratowani, tylko jeśli to sprawka terrorystów, albo
spragnionych zysku porywaczy. Bo równie dobrze, to...to może być
projekt. Dzieło tych, um. Tych z góry. W końcu-szepnąłem-nie jesteśmy dla nich ludźmi. Zbiór danych, produkt hodowli, mięso armatnie w walce o nic. O doskonałość, której nigdy nie osiągniemy, bo jak, bo po co? To nie ma początku ani końca...
Zrozumiałem, że te słowa opuściły moją głowę, gdy dotknąłem swojego policzka-niewytłumaczalny odruch, każdy takie ma. Na twarzy krzywy półuśmiech, złośliwy i szyderczy. Nie mój. Czasami wydaje mi się, że mieszkają we mnie dwie różne osoby, stary ja się rozpada, a nowy nie powstaje. Tylko pole bitwy między tą dwójką. I żaden z nich nie jest mną.
Uzewnętrzniony monolog wewnętrzny zagęścił i tak już nieprzyjemną atmosferę.
-Jajogłowy ma rację-rzucił Marco z uśmiechem, który miał wyglądać łobuzersko, ale przypominał ledwo trzymającą się materiału naszywkę-Dlaczego od razu nic nie zrobiliśmy?
-Heh. Widzę, że mam już no...nowego kolegę. Warto zapisywać te docinki, żeby się nie powtarzały. Nie lubię monotonii, wiesz?
Postanowiłem ciągnąć grę, którą zaczął. Zrobił to pewnie, by mieć się za co chwycić. Jeszcze nie teraz, potem. To typ człowieka, który próbuje radzić sobie z problemami, rozpraszając się.
Po około dziesięciu minutach, albo trzydziestu, nie mam pojęcia, mój wewnętrzny czasomierz funkcjonuje gorzej, niż wątroba alkoholika, ustaliliśmy plan działania. Chodziliśmy po pokoju, zaglądaliśmy w każdy z nielicznych kątów. Jedyne drzwi w pomieszczeniu były zamknięte.
Znalazłem to pod drugą ławką-nieduży, łatwy do przeoczenia napis. Wyczułem go palcami i nosem. Czerwono-brązowa, pachnąca metalem substancja, która niedawno była cieczą.
Widziałem w życiu o wiele więcej krwi niż powinienem, z czego ponad trzy czwarte pomiędzy pobytem w jednym Centrum a drugim.
Nieco rozmazałem ten napis, ale udało mi się ustalić, że przed dewastacją wyglądał tak:
(M-10) B F (3+5) H
Obok napisu, o dziwo, leżał długopis. Nie wnikam, liczmy na to, że krew po prostu urozmaica krajobraz i doprowadza do paranoi.
Przed oczami zaczęły latać mi kolory. Słowa przesunęły się w tył głowy. Słowa słowa słowa. O, prawie jak wiersz.
Przed oczami zaczęły latać mi
kolory.
Słowa przesunęły się w
tył głowy.
Słowa słowa
słowa.
-Zaraz-mruknąłem-Czy obok tych drzwi..
Pobiegłem w ich stronę, wpadając po drodze na Muzyczkę. Jak się nazywała? Chyba Koe.
-Prze..prze...przepra...
Dukałem gorzej niż zwykle, jak kompletny idiota, który pogubił albo zjadł wszystkie fiszki pod tytułem "Życie codzienne wśród normalnych. Rozmówki ludzko-Ace'owskie".
-Nie. Nic nie szkodzi-uśmiechnęła się ciepło. Naprawdę ciepło, to nie uśmiech pielęgniarki, to prawdziwe ciepło, jak domowe naleśniki. Gdy mieszkałem z Haigo i Tomasem, jadaliśmy takie w każdą niedzielę.
Ja też zacząłem się uśmiechać. Ciepło, jak naleśnik.
Gdy dostałem się w końcu do tych drzwi, okazało się, że miałem rację-trzeba wpisać kod, aby się otworzyły, ewentualnie wybuchły albo zgładziły nas w inny sposób. Nieważne, trzeba je otworzyć. To dziecinnie proste.
Wpisałem to.
3 2 6 8 9
-Możemy wyjść-oznajmiłem, wskazując ręką na otwarte drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz