niedziela, 26 kwietnia 2015

Krew

Gdy wszyscy podeszli już do drzwi, Oliver zaczął się szaleńczo śmiać. Jak człowiek na tyle zjarany, by bawiły go drzewa za oknem i amerykańskie sitcomy.
-Ha ha ha...No, no...Toś pocisnął!-wrzasnął w końcu.
Objął mnie ramieniem, żeby się nie wywrócić.
-Słyszałem wiele plotek i opinii o mózgowcach-dodał już nieco poważniej, wciąż wymachując ręką-Ale w życiu bym nie pomyślał, że naprawdę jesteście tacy...No błagam, to aż komiczne! Ha ha ha ha! A przejdę się po pokoju, a złamię sobie kod, a oleję wszystko i wszystkich, takie tam! Może tu zostaną i przestaną zawracać mi głowę! Ha ha ha!
Wiedziałem. Będą z tym błaznem problemy.
-Opanujesz się, czy mam ci pomóc?-syknął Marco, grożąc pięścią. 
-Jeżeli nie zamierzasz się uspokoić-dodałem, spoglądając mu w oczy-To my nie zamierzamy pozwolić ci iść z nami. Możemy cię tu bez problemu zamknąć. Hałaśliwi durnie nie należą do szczególnie przydatnych, wiesz?
-Jak nisko plasuję się w twojej skali przydatności?-zapytał mrużąc oczy. 
Jego śmiech opuścił salę, rozlewając się we wszystkie strony. Może o tym nie mówiłem, ale zdrowie psychiczne u Artystów często szwankuje.
Postanowiliśmy iść naprzód, nie zwracając na niego uwagi. Jeśli ktoś miał nas usłyszeć, pewnie już do tego doszło.
Nagle Oliver przestał rechotać, stanął i o puścił głowę tak, że grzywka zupełnie zakryła mu oczy. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
-Przepraszam-wyszeptał-Po prostu...Boję się. Ale pewnie trochę inaczej, niż wy...Nie tego, że coś mi się stanie. Boję się, że nigdy już nie zobaczę kogoś ważnego.
-Rozumiemy-wyszeptała Misa, podając mu dłoń-Chodźmy, dobrze?
Mimo, że od razu uświadomiłem sobie przydatność tej dziewczyny, wciąż wzbudzała we mnie obrzydzenie. Była jak sztuczne kwiaty pachnące odświeżaczem.
Wyszliśmy na wąski, chłodny korytarz, oświetlony mnóstwem żarówek, takich najtańszych, które przepalają się szybciej niż copywriterzy i szczury biurowe. Nagle w jednej z nich, zwisającej nad głową Misy, coś strzeliło i zaiskrzyło. Sekundę później opadła na nas gęsta ciemność. Taka, jakiej nigdy nie widziałem.
-To obwód elektryczny szeregowy-oświeciłem ich-Jedna z żarówek poszła, więc reszta też nie działa, jak w lampkach choinkowych.
-Fascynujące. Zostaw lekcje fizyki na potem i lepiej wykombinuj, jak się stąd wydostać!-rzucił Marco. To śmieszne, znałem go od kilku godzin, ale mogłem już ustalić wyraz jego twarzy na podstawie tonu wypowiedzi.
-Panowie, spokojnie. Mam, co trzeba!-Koe wybiegła przed nas, oświetlając sobie twarz latarką, niczym dzieci wieczorami na obozach. Miała w oczach dozę bezczelności, której wcześniej nie zauważyłem.
Mimo wszystko, to były smutne oczy.

                                                                       *   *   *

-Masz dość, śmieciu?! Masz dość?!
Po czole spływała mi strużka jego śliny.
-Cholerna kukła...
-Tylko nie w głowę, idioci! Głowy potrzebujemy...Zajmij się nim, a wy pójdziecie ze mną.
Kolejny kopniak w brzuch, kolejny stracony oddech. Krew zalewa moje wnętrzności.
Żeby tylko wnętrzności.
Krew zalała wszystko. Podłogę, ich ubrania, moją skórę, moje włosy. Wypełnia moje usta, opuszcza moje ciało.
A może ono nie jest już moje. Może straciłem je na rzecz tych rzeźników, ślepych od krwi.
-Wiesz, dlaczego ci współczuję, psie?-wysyczał, wymierzając kolejny kopniak.
Spoglądał mi w oczy. Raczej się tego domyśliłem, niż zobaczyłem. Za dużo krwi w oczach, za mało w mózgu.
-Ty-powiedział, stawiając mi but na twarzy-Ty będziesz w życiu doceniany. Tak, tak! Będziesz ważny, wielki i bogaty. Ale!-wykręcił mi rękę na plecach-Nikt, nigdy cię nie pokocha, nawet nie polubi, nie będzie uważał za osobę. Jesteś tylko zbiorem nadaktywnych neuronów! Jesteś cholernym komputerem! Bo ty, ty też nikogo nie pokochasz. Jesteś jakimś bachorem, a już zaczynasz! Masz gdzieś ludzi, masz gdzieś uczucia, nie potrafisz ich pojąć tym swoim zimnym łbem!-kopniak.-Wiesz, ile osób zamordowałeś?! I co?! Osiągnąłeś cel, tak?! Fajnie iść po trupach, co? Ludzie to najlepsza wykładzina pod twoje przeklęte stopy!
-To...to...-charczałem, wypluwając krew.
-Masz coś do powiedzenia, gnoju?!-wrzasnął.
-To...to by...byli...te...terro...ryści...i prze...przestęp...cy
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi kolory.
-Tak?! Wszyscy?! Wątpię! Wątpię też, że musiałeś tak postąpić! Ja również nie należę do szczególnie moralnych-szepnał, spluwając na mnie-ale nie potrafiłbym zabić grupy idealistycznie nastawionych nastolatków i ich rodziców, nie wspominając o dziesięciu niewinnych osobach. A ilu więźniów, ho ho! Media milczą, podczas gdy takie szmaty jak ty dokonują cichej, chirurgicznej, bezkrwawej rzezi! Nie lubimy brudzić rączek, co?! Gdybym...
Nie usłyszałem ani słowa z tego, co mówił.
"Nie jestem mordercą. Nie jestem zabójcą. Nie jestem psychopatą. Nie jestem mordercą." Powtarzałem to w głowie jak mantrę, powoli tracąc przytomność.
Przed oczami, chyba po raz pierwszy, zaczęły tańczyć mi słowa.

                                                                       *   *   *
Nagle światło latarki zatrzymało się na metalowych drzwiach pokrytych łuszczącą się farbą. Widziałem takie na osiedlach w Berlinie.Tu nie ma takich osiedli.
Zamek z podrdzewiałą kłódką był dwa razy większy od mojej pięści. Jeżeli ten osiłek Marco go złamie, przetopimy to żelastwo na jego pomnik.
 -Jesteś niesamowity!-zawołała Misa, gdy Marco złamał kłódkę gołymi rękoma i wyważył drzwi.
-Do Palestyńskich domów też tak wchodziłeś?-zapytałem spokojnie.
-Zamkniesz się, czy mam ci pomóc?!-krzyknął, przypierając mnie do ściany. Wiedziałem, że nie zada ciosu, a ja dowiem się tego, czego chcę.
-Czyli jednak byłeś w wojsku.
-Nic ci do tego-burknął.
Nie zamierzałem go oceniać, sam nie miałem czystego sumienia. Założę się, że nikt z nas nie miał. A już na pewno nie ja.
Może miałem na rękach więcej cudzej krwi niż on.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz